Debaty między Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim były dwie. W Katowicach i Warszawie. Ale tylko w stolicy partia pokazała wyreżyserowane widowisko. Próby trwały od rana.
Niebieski podest, na nim cztery fotele. Na dwóch środkowych usiądą prowadzący debatę, po bokach - politycy PO. - Proszę dublerów o zajęcie miejsca - głos niesie się w auli biblioteki. Po chwili: - Pani w różowej bluzeczce, która udaje Bronisława Komorowskiego, proszę trochę w prawo - znów ten sam głos. Debatę transmitują telewizje, w kadrze wszystko musi się zgadzać.
Dodatkowe światła rozstawione, telebimy z napisem: Prawybory prezydenckie 2010 też. Prompter z tekstem dla prowadzących, by się nie pomylili.
Polityków dublują ludzie z ich sztabów, albo partii. Tylko prowadzący ci sami, którzy o godz. 13 poprowadzą pojedynek Komorowski- Sikorski.
- Joanna kończy. Słowo końcowe należy do Joanny - trenuje Sławomir Nowak. I po raz kolejny odczytuje ten sam tekst: - Platforma jest partią otwartą. Zapisujcie się do Platformy. Po chwili irytuje się: - Kandydaci siedzą, my stoimy. Czy ktoś to ogarnie?
- Wstajecie, ściskacie sobie rękę - głos zwraca się do dublerów.
Sala zapełnia się dziennikarzami. - Kochani, nie mamy ciszy - napomina głos. - No i dobrze, po co nas zapraszaliście na 12 - reagują dziennikarze.
Bo to oni są jedyną publicznością w bibliotece. Politycy PO, dla których debata została zorganizowana, mogli ją oglądać w telewizji. Na miejscu byli tylko nieliczni. Rzecznik rządu Paweł Graś, szef klubu PO
Grzegorz Schetyna, Sebastian Karpiniuk, Sławomir Nitras, rzecznik klubu Andrzej Halicki. Byli też rzecznicy marszałka Sejmu i szefa
MSZ.
Gdy tylko Komorowski i Sikorski pojawili się na miejscu, od razu zniknęli w jednym z pokoi z dala od dziennikarzy. Jak bokserzy przed wyjściem na ring odliczali czas przed pojedynkiem. Wizażystka nakładała makijaż, by twarze nie świeciły się w telewizji.
Pięć minut przed rozpoczęciem wyszli. Najpierw Komorowski, w asyście oficerów BOR i swojego rzecznika. Za nim Sikorski, też z ochroną, też z rzecznikiem. I jeszcze za nimi żona Radosława Sikorskiego - Anne Applebaum. Żony Bronisława Komorowskiego nie było. - Od początku nie miało być - tłumaczyli potem politycy. - Uwaga proszę o ciszę, za chwilę zaczynamy. Pół minuty do wejścia - znów głos. Ale teraz na sali już cicho. Wszyscy czekają. Punktualnie o 13 zaczęła się debata Komorowski - Sikorski. Wystudiowana i wyreżyserowana. Każdy miał pięć minut, by przekonać, zachęcić. Nie mówili od siebie, zerkali na kartki. Nawet wtedy, gdy organizatorzy puścili krótkie filmy przybliżające obu kandydatów. Dowiedzieliśmy się, że Komorowski swą mamę nazywa Aniołem i do dziś do niej tak się zwraca. A Sikorski był podejrzewany o to, że jest elementem antyradzieckim, bo nie poszedł na szkolną akademię.
Obaj politycy byli spięci, chociaż Sikorski bardziej niż Komorowski. Jego żona przez kilkadziesiąt minut przysłuchiwała się jak sobie radzi, potem zniknęła na zapleczu. Dokładnie po 50 minutach obaj politycy powtórzyli scenę, którą wcześniej za nich ćwiczyli dublerzy. Wstali, uścisnęli sobie ręce i pokłonili się publiczności. Kurtyna opadła.