W amerykańskiej polityce to był najbardziej nerwowy tydzień od wyborów półtora roku temu. Bo też stawka była olbrzymia - ustawa o systemie zdrowia, która, jeśli zostanie uchwalona, nieodwracalnie zmieni Amerykę.
W ostatnich dniach było już pewne, że wszystko zależy od 20-25 niezdecydowanych demokratów, którzy znajdowali się pod ogromną presją. Doradca jednego z nich opowiadał mi w czwartek, że dyżurujący przy telefonach w biurze kongresmana na Kapitolu zmieniają się co dwie godziny, bo mają dość złorzeczeń, wyzwisk, a czasem gróźb z obu stron barykady.
W sobotę jednego kongresmana, który zadeklarował głosowanie na "tak", zwolennicy "nie" opluli; innych obrzucono rasistowskimi wyzwiskami.
W ostatnich godzinach przed głosowaniem wydawało się, że ustawa minimalnie przejdzie. Ale jak? 218 do 213? 216 do 215? A co, jeśli jednak będzie 215 do 216?
Prezydent
Barack Obama najpierw przełożył o dwa dni, a potem o trzy miesiące podróż do Australii i Indonezji, żeby pilnować głosowania. I przekonywać. Aby zmienić zdanie ultralewicowego kongresmana Dennisa Kucinicha, prezydent potrzebował czterech rozmów.
Jednak takich jak Kucinich lewicowców przekonanych, że reforma daje zbyt mało kontroli nad systemem zdrowia państwu, a zbyt dużo ustępstw koncernom farmaceutycznym było zaledwie kilku. Większość wahających się demokratów to nowi kongresmani wybrani w roku 2006 lub 2008 na wielkiej fali antybushowskiej z okręgów centrowych lub nawet republikańskich. Stawali przed dylematem szekspirowskim: czy głosować tak, jak chce partia (a często i sumienie), wiedząc, że oznacza to gniew wyborców i możliwą przegraną w wyborach jesienią?
Z Johnem Altmire'em Obama rozmawiał trzy razy, ale z drugiej strony na kongresmana z Pensylwanii naciskali przeciwnicy reformy - wynajęli dwa samoloty, które latały nisko nad jego okręgiem wyborczym z hasłami, aby głosował na "nie". Zwolennikom reformy 12 mln dol. na reklamy w telewizji dały firmy farmaceutyczne. Republikanie na kampanię "nie" przeznaczyli co najmniej 5 mln. I wszystkie te reklamówki telewizyjne, radiowe, akcje dzwonienia do biur i wysyłania e-maili skupione były na tych 25 kongresmanach...
Z jednej strony niezdecydowanych centrowych demokratów odwiedzały delegacje w imieniu Obamy, wielcy darczyńcy Demokratów grozili, że nie dadzą im pieniędzy na kampanię. Z drugiej - organizacje przedsiębiorców, dla których reforma oznacza wyższe podatki lub składki, wydzwaniały: jak zagłosujesz "tak", zrobimy wszystko, abyś jesienią przegrał. Dwóch umiarkowanych demokratów z Kalifornii ekipa Obamy przekonywała do głosowania na "tak" milionami dolarów na nawadnianie. Kongresmani starali się o nie od lat. Innego miała przekonać nominacja sędziowska dla brata.
Zwolennikom reformy pomogła analiza ponadpartyjnego Kongresowego Biura Budżetowego, że ustawa będzie kosztowała jednak mniej niż bilion (940 mld) i w dziesięć lat zaoszczędzi budżetowi w porównaniu z obecnym systemem 138 mld dol. Jednak prawica zaraz kontrowała, że analiza jest prowizoryczna, bo Demokraci przedstawili ostateczny kształt ustawy bardzo późno. I że tak naprawdę ustawa będzie kosztować ponad 2 biliony.
Kluczowe było zdanie dziesięciu demokratów - obrońców życia - którzy uważali, że ostateczne sformułowania nie dość jasno zakazują finansowania aborcji z kieszeni podatników. Gdy poparł ich episkopat
USA, Demokraci zmobilizowali list osobistości religijnych, katolików i protestantów popierających reformę i zapewniających, że język akapitów o finansowaniu aborcji jest wystarczająco jasny. Gdy z kolei Obama i szefowa Demokratów Nancy Pelosi twierdzili, że reforma da pracę 4 mln Amerykanów, prawica odpowiedziała listem stu profesorów ekonomii udowadniających, że reforma zlikwiduje miliony miejsc pracy...
Demokracja jest najgorszą formą rządu - prócz wszystkich innych form których próbowano... Te słowa Churchilla rzadko kiedy są tak aktualne jak w tym tygodniu w Waszyngtonie.
CYTAT TYGODNIA Proces [uprawiania polityki] w Waszyngtonie był paskudny za Republikanów i jest paskudny za Demokratów - prezydent Barack Obama, 17 marca 2010 r.