http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Reforma zdrowia w USA - wielkie emocje przed głosowaniem

Marcin Bosacki, Waszyngton
2010-03-21, ostatnia aktualizacja 2010-03-21 14:45

To był w amerykańskiej polityce najbardziej nerwowy tydzień od wyborów półtora roku temu. Bo też stawka była olbrzymia: ustawa o systemie zdrowia, która, jeśli zostanie uchwalona, nieodwracalnie zmieni Amerykę.

W ostatnich dniach było już pewne, że wszystko zależy od 20-25 niezdecydowanych Demokratów. Znajdowali się pod ogromną presją. Doradca jednego z nich opowiadał mi w czwartek, że dyżurujący przy telefonach w biurze kongresmena na Kapitolu zmieniają się co dwie godziny, bo mają dość złorzeczeń, wyzwisk, a czasem gróźb - z obu stron barykady. W sobotę jednego kongresmena, który zadeklarował głosowanie na "tak" zwolennicy "nie" opluli. W ostatnich godzinach przed głosowaniem wydawało się, że ustawa minimalnie przejdzie. Ale o ile? 218 do 213? 216 do 215? A co, jeśli jednak będzie 215 do 216?

Barack Obama najpierw przełożył o dwa dni, a potem o trzy miesiące podróż do Australii i Indonezji - po to, by pilnować głosowania. I przekonywać. By zmienić zdanie ultra-lewicowego kongresmena Denisa Kucinicha prezydent potrzebował czterech rozmów. Ale takich jak Kucinich lewicowców, przekonanych, że reforma zbyt mało daje kontroli nad systemem zdrowia państwu, a zbyt dużo ustępstw koncernom farmaceutycznym, było ledwie kilku. Większość wahających się Demokratów to nowi kongresmeni, wybrani w roku 2006 lub 2008 na wielkiej fali anty-Bushowskiej z okręgów centrowych lub nawet republikańskich. Stawali przed dylematem szekspirowskim: czy głosować tak, jak chce partia (a często i sumienie) wiedząc, że oznacza to gniew wyborców i możliwą przegraną w wyborach jesienią?

Z Johnem Altmirem Obama rozmawiał trzy razy. Ale z drugiej strony na kongresmena z Pensylwanii naciskali przeciwnicy reformy - wynajęli dwa samoloty, które latały nisko nad jego okręgiem wyborczym z hasłami, by głosował "nie". Zwolennikom reformy 12 milionów dolarów na reklamy w telewizji dały firmy farmaceutyczne. Republikanie na kampanię "nie" przeznaczyli co najmniej 5 milionów. I wszystkie te reklamówki telewizyjne, radiowe, akcje dzwonienia do biur i wysyłania emaili skupione były na tych 25 kongresmanach...

Z jednej strony niezdecydowanych centrowych demokratów odwiedzały delegacje w imieniu Obamy, wielcy darczyńcy Demokratów grozili, że nie dadzą im pieniędzy na kampanię. Z drugiej organizacje przedsiębiorców, dla których reforma oznacza wyższe podatki lub składki, wydzwoniały: jak zagłosujesz "tak", zrobimy wszystko, byś jesienią przegrał. Dwóch umiarkowanych demokratów z Kalifornii ekipa Obamy przekonywala do głosowania na "tak" milionami dolarów na nawadnianie, kongresmeni starali się o nie od lat. Innego miała przekonać nominacja sędziowska dla brata.

Zwolennikom reformy pomogła analiza ponadpartyjnego Kongresowego Biura Budżetowego, że ustawa będzie kosztowała jednak mniej niż bilion (940 mld) i w dziesięć lat zaoszczędzi budżetowi w porównaniu z obecnym systemem 138 mld dolarów. Ale prawica zaraz kontrowała, że analiza jest prowizoryczna, bo demokraci przedstawili ostateczny kształt ustawy bardzo późno. I że tak naprawdę ustawa będzie kosztować ponad 2 biliony.

Kluczowe było zdanie około 10 Demokratów - obrońców życia, którzy uważali, że ostateczne sformułowania nie dość jasno zakazują finansowania aborcji z kieszeni podatników. Gdy poparł ich episkopat USA, Demokraci zmobilizowali list osobistości religijnych, katolików i protestantów, popierających reformę i zapewniających, że język akapitów o finansowaniu aborcji jest wystarczająco jasny. Gdy z kolei Obama i szefowa Demokratów Nancy Pelosi twierdzili, że reforma da pracę 4 milionom Amerykanów, prawica odpowiedziała listem 100 profesorów ekonomii udowadniających, że reforma miliony miejsc pracy zlikwiduje...

Demokracja jest najgorszą formą rządu - prócz wszystkich innych form, których próbowano... Te słowa Churchilla rzadko kiedy są tak aktualne, jak w tym tygodniu w Waszyngtonie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':