Bartosz T. Wieliński: Co się dzieje z "widocznym znakiem", berlińskim muzeum wypędzonych, które ma budować niemiecki rząd? Jeszcze nie powstało, a już odchodzą z niego członkowie rady naukowej, także przedstawiciele społeczności żydowskiej grożą bojkotem "widocznego znaku". Prof.
Władysław Bartoszewski: To wewnętrzny problem Niemców, my się do tego nie mieszamy. Problem polega na tym, że "widoczny znak" ma być placówką, która nie powinna budzić żadnych kontrowersji. One najwyraźniej są, bo z rady naukowej odeszli polscy i czescy historycy, a przedstawiciele Centralnej Rady Żydów, z którymi byłem w stałym kontakcie, zaczęli się głośno zastanawiać, jak w muzeum funkcjonować wspólnie z ludźmi ze Związku Wypędzonych Eriki Steinbach. Ale to
Niemcy muszą rozwiązać tę sprawę. Ja tylko od kilku lat powtarzam stare polskie powiedzenie: "Rób, co uważasz, uważaj, co robisz".
Na razie Niemcy zmienili polityczne umocowanie "widocznego znaku". To parlament, a nie jak dotychczas rząd, ma obsadzać gremia zarządzające muzeum. Trzeba pamiętać o tym, że w Bundestagu większość mają partie, które krytycznie patrzą na to, co do tej pory się w tym muzeum działo. Dlatego uważam, że sprawy idą w dobrym kierunku.
Jednak historycy, którzy odeszli z rady naukowej "znaku" - prof. Tomasz Szarota i dr Kristina Kaiserova - alarmują, że w muzeum pracują ludzie bez kompetencji, którzy dążą do fałszowania historii tak, by zrobić z wypędzonych główne ofiary II wojny światowej. - Osobiście nie znam niemieckich badaczy, którzy zasiadają w "widocznym znaku". Wiem natomiast, że ich obiektywizm kwestionuje szereg niemieckich uczonych. Natomiast prof. Szarotę znam od lat. Pojechał do Berlina, wziął udział w pierwszych spotkaniach rady, posłuchał i zrezygnował. Widocznie coś musi być na rzeczy, bo Szarota to naukowiec przychylny Niemcom. Nikt go do tej decyzji nie przymuszał, ja o jego decyzji dowiedziałem się z gazet.
Nie jesteśmy wrogami niemieckich wypędzonych. Polacy chyba najwięcej wiedzą o tragicznych błędach, które ludzkość popełniła w XX w., i cierpieniach, jakie one przyniosły. Widzimy w nich ofiary wojny, którą rozpętała III Rzesza. Są nimi bez wątpienia obecny prezydent Niemiec Horst Köhler czy słynny tłumacz polskiej literatury Karl Dedecius.
Polska stoi na stanowisku, że obydwa kraje mają pracować dla przyszłości, a przeszłości nie rozgrzebywać. Ale jest to możliwe tylko wtedy, gdy przeszłością będą zajmować się wiarygodni, kompetentni historycy. Wykorzystywanie historii do doraźnych politycznych celów nie może mieć miejsca.
Czy do "znaku" wróci polski historyk? - Tego nie wykluczam, ale pod warunkiem, że niemieckie muzeum faktycznie stanie się porządną placówką, a do jego fachowości i obiektywizmu nie będzie zastrzeżeń. Polska jednak nie będzie nikogo tam delegować. To musi być indywidualna decyzja polskich naukowców.
W radzie zarządzającej "widocznym znakiem" nie będzie zasiadać Erika Steinbach. To polski sukces? - Nie, to sukces niemiecki. Nigdy nie rozmawialiśmy z Niemcami na temat personaliów. Dyskutowaliśmy jedynie o tym, by usuwać pewne negatywne symbole - po polskiej i niemieckiej stronie. Bo tak jak antysemici nie mogą prowadzić dialogu z Izraelem, tak ludzie, którzy nie znoszą Polski czy Niemiec, nie powinni mieć wpływu na polsko-niemieckie pojednanie.
My swoje zrobiliśmy, bo z polskiej strony szeroko pojętymi stosunkami z Niemcami nie zajmuje się nikt, kto mógłby budzić za Odrą jakiekolwiek kontrowersje. A Niemcy zrobili dokładnie to samo [w zamian za rezygnację Steinbach
Angela Merkel zgodziła się przyznać Związkowi Wypędzonych dodatkowe trzy miejsca w zarządzie muzeum].
Kanclerz Angela Merkel kilka dni temu przemawiała na przyjęciu wydanym przez Związek Wypędzonych. - Widocznie pani kanclerz uznała, że należy w ten sposób docenić społeczność obywateli, których rodziny po wojnie zostały deportowane. To nie jest żaden nieprzyjazny akt, po ludzku ja to rozumiem. Czytałem zresztą całą przemowę Merkel, nie znalazłem żadnego rażącego sformułowania.
Nawet gdy Merkel nazwała wypędzenia bezprawiem? - Tu mamy do czynienia z szerszym problemem używania współczesnego rozumienia praw człowieka, by opisywać przeszłość. Przecież gdybyśmy przez ten pryzmat analizowali np. wojny napoleońskie, to boję się, że całą historię Europy trzeba by napisać na nowo. Gdy słyszę wezwania do surowego rozliczania przeszłości, które dochodzą zza obydwu brzegów Odry, to myślę o Brytyjczykach i Hiszpanach. Czy u nich wałkuje się upadek imperium hiszpańskiego, do którego przyłożyła rękę królowa Elżbieta I?
My nie chcemy z Niemcami rozliczeń. Nie chcemy też miłości, bo przecież w stosunkach Niemiec i Francji, które uznaje się za modelowe, wielkich uczuć nie ma, a politycy nie we wszystkim się zgadzają. Chcemy normalności, która panuje w każdej porządnej rodzinie.
Stara się pan przywrócić tę normalność od ponad dwóch lat. W tym czasie odbywał pan spotkania w cztery oczy z niemieckimi politykami, w tym z kanclerz Merkel. W ostatniej książce o stosunkach polsko-niemieckich nie napisał pan o tym jednak ani słowa... - Różni ludzie rozmawiają ze mną, bo wiedzą, że będę dyskretny. Może książka opisująca te spotkania wyjdzie 20 lat po moje śmierci, może później. Na razie pracuję nad książką o moim pobycie w Auschwitz i jego skutkach. Wyda ją krakowski Znak. Z wydawnictwem Świat Książki zakończyłem współpracę, bo zmieniło ono swój profil [chodzi o książkę "Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego; Bartoszewski stwierdził niedawno, że są "uprawnione wydawnictwa, które wydają przewodniki po domach publicznych, ale nie sądzę, żebym chciał wydać w takim miejscu swoją książkę historyczną"].