http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Teodora Petkoffa życie pod prąd

Maciej Stasiński GAZETA WYBORCZA
2010-03-22, ostatnia aktualizacja 2010-03-19 19:43

Walczył z bronią w ręku przeciwko dyktaturze i demokracji. Był jednym z pierwszych na latynoskiej lewicy, którzy zerwali i z sowieckim komunizmem, i z dyktaturą Fidela Castro. Dziś stawia czoła jej nowemu wydaniu: tyranii Hugo Chaveza

Teodoro Petkoff
Fot. NICOLA ROCCO AP
Teodoro Petkoff
Zdrajca, renegat, agent CIA, sługus imperializmu, ropucha, neoliberał - lżą Teodora Petkoffa piewcy "socjalizmu XXI wieku" wenezuelskiego prezydenta Hugo Chaveza.

Ale 78-letniego nestora wenezuelskiej lewicy obelgi nie wyprowadzają z równowagi. Jak słowa mają przerazić kogoś, kto był bity na posterunkach bezpieki w latach 50., biegał po górach Wenezueli z karabinem w ręku w latach 60., spędził kilka lat w więzieniach, z których uciekał niczym hrabia Monte Christo, ukrywał się przed policją?

Trudno, żeby się przejmował obelgami Chaveza, skoro przetrwał gromy Fidela Castro, który już w 1967 r. nazwał go "agentem CIA" za to, że odżegnał się od zbrojnej rewolucji, oraz anatemy Leonida Breżniewa za to z kolei, że potępił inwazję na Czechosłowację w 1968 r.

Tego się w końcu spodziewał, kiedy w 1998 roku odchodził z założonej przez siebie partii socjaldemokratycznej MAS (Ruch ku Socjalizmowi) w proteście przeciw jej decyzji o poparciu w wyborach prezydenckich Hugo Chaveza, pułkownika puczysty, przed którym ostrzegał rodaków, kiedy większość biła mu brawo.

Od objęcia władzy przez Chaveza walczy tylko słowem. Najpierw w dzienniku "El Mundo" a potem w założonej przez siebie niezależnej gazecie "Tal Cual" ostrzega przez demagogią i populizmem nowego wodza mesjasza. Nie uważa przy tym, że każdy sposób na Chaveza jest dobry. Broni drogi politycznej, demokratycznej, wyborczej. Chce, by demokracja wenezuelska obroniła się sama i jego kraj nie wrócił do czasów wojen domowych, która znaczyła dzieje Wenezueli przez ostatnie dwa stulecia.

Wie, co mówi, bo wyrósł pośród zawieruch XX wieku i towarzyszących im nadziei na szczęście ludzkości.

Radykał

Jego ojciec był bułgarskim komunistą, który uciekł do Czechosłowacji. Tam spotkał córkę polskich chasydów Idę Malec, która wyemancypowała się i wyjechała do Pragi na studia medyczne. Postanowili wyemigrować do Wenezueli, biednego ledwie trzymilionowego kraju rządzonego przez prymitywnego satrapę generała Juana Vicente Gomeza. Teodoro przyszedł na świat w 1932 roku. Dom był lewicowy, kulturalny, pełen książek, bardzo kosmopolityczny i lewicowy.

Teodoro garnął się i do nauki - poszedł na medycynę, a potem przeniósł na ekonomię - i do polityki. Jako 17-latek wziął udział w komunistycznych demonstracjach przeciw wojskowej dyktaturze Pereza Jimeneza. Z domu wyprowadził się wieku 19 lat, by poświęcić się karierze zawodowego rewolucjonisty. Kiedy w Europie wschodniej komuniści dokręcali imadło stalinowskiej dyktatury, w jego kraju komuniści, wciąż zapatrzeni w mit rewolucji bolszewickiej zwiastuni lepszego sprawiedliwego świata, schodzili do podziemia.

- Czy ty na pewno wiesz, co robisz? - spytał go ojciec. Ale nie protestował. Sprawa była wciąż święta, choć pojawiały się na niej rysy. Sam ojciec był ich świadom. Jeszcze w latach 40. pytał czytającego "Zagadnienia leninizmu" Teodora: - Gdzie tu jest o Trockim? Wiesz chociaż, kto to był?

Za dyktatury Jimeneza Petkoff był aresztowany trzy razy. Kiedy w 1953 r. policja zrobiła nalot na lokal konspiracyjny, nagiego i głodzonego Teodora przez trzy dni policjanci bili pałami i przesłuchiwali w komisariacie. - Przekonałem się, że mogę to wytrzymać. Nic nie powiedziałem - opowiadał potem.

Działał w podziemiu. Po demaskującym zbrodnie stalinizmu referacie Chruszczowa na XX zjeździe KPZR napisał swój pierwszy manifest rewizjonistyczny, w którym twierdził, że to nie człowiek zawiódł, ale sam ustrój. Ale wymogi konspiracji pochłaniały komunistów wenezuelskich tak bardzo, że na rozliczenia stalinizmu nie było ich stać. Inwazja sowiecka na Węgry w 1956 r. również niewiele ich obeszła. - To niesłychane, ale tak było. Nie mówiliśmy o tym - wyznawał po latach.

Pereza Jimeneza obalili wojskowi w 1958 r. Ale junty nie zastąpiła junta. W Wenezueli stał się cud, zapanowała demokracja. Główne partie polityczne zawarły pakt gwarantujący przestrzeganie porządku konstytucyjnego i demokratycznego oraz proporcjonalny udział we władzy. Partia komunistyczna pozostała poza paktem, ale była legalna, startowała w wyborach i wspierała demokrację.

Ale 9 stycznia 1959 r. do Hawany wjechali Fidel Castro i jego brodaci komendanci. - To był szok. To nas olśniło albo raczej oślepiło. Zaczęliśmy sobie wyrzucać, że rok wcześniej powinniśmy zrobić rewolucję - wspomina Petkoff.

Castro przyleciał do Caracas, witały go tłumy. Od demokratycznego prezydenta Romula Betancourta zażądał wenezuelskiej ropy naftowej. Betancourt sam był kiedyś komunistą, ale nawrócił się na demokrację. - Ropa należy do narodu wenezuelskiego, nie do mnie - odpowiedział. - Wenezuela jej nie daje za darmo, tylko ją sprzedaje, a Kuba nie będzie tu wyjątkiem.

Castro zapamiętał zniewagę. Dwa lata później zażądał od lewicowców Ameryki Łacińskiej wkroczenia na wojenną ścieżkę rewolucji. Wenezuelska partia komunistyczna oraz rewolucyjna młodzieżówka MIR poszły za nim. Niektórzy przestrzegali, że Wenezuela to demokracja, a nie dyktatura wojskowa, jak Kuba Batisty. Większość uległa odurzeniu. Petkoff był jednym z radykałów.

W 1962 r. komuniści utworzyli pierwsze oddziały w zachodnim stanie Falcon. Z ich przywódcą Douglasem Bravo Teodoro poszedł jako jeden z pierwszych. - Na początku wszyscy chcieli być partyzantami. Garnęli się w góry, ale po trzech dniach szwendania, niejedzenia lub jedzenia byle czego, chcieli wracać. Rotacja była duża - wspominał po latach.

Ustrój demokratyczny popierało 90 procent Wenezuelczyków. Niepomni tego komuniści jeździli na rewolucyjne rekolekcje do Hawany i wracali na nowo zagrzani do boju. Uciekali się do terroru. Przy pomocy lewicowych oficerów zorganizowali dwa zamachy stanu, oba nieudane, przeprowadzili zamach na pociąg wiozący dzieci, zabijając siedmiu policjantów, porwali słynnego piłkarza Alfredo di Stefano.

W 1965 r. niezadowolony z wenezuelskich uczniów Castro zwołał do Hawany przywódców rewolucyjnej awangardy. Dał im broń, systemy łączności, myśl taktyczną, czyli teorię ognisk rewolucyjnych Che Guevary. Wenezuela miała być przyczółkiem do zamachu na kontynent.

W 1966 r. na czele komunistycznej ekspedycji staje Kubańczyk, późniejszy generał i bohater kampanii afrykańskiej Arnaldo Ochoa, oraz wenezuelscy młodsi bracia w rewolucyjnym zakonie, jak brat Teodora Luben Petkoff. Przyłączają się do Douglasa Bravo w stanie Falcon. Drugi desant MIR-owców pod dowództwem czterech Kubańczyków zmierza do stanu Miranda. Obie wyprawy ponoszą klęskę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':