Po wyborczym zwycięstwie w 2007 r. zapowiedziała likwidację abonamentu, co wielu Polaków zachęciło do niepłacenia. Doprowadziło to media publiczne na skraj bankructwa. Pierwszy przygotowany przez PO projekt ustawy medialnej przepadł, bo Platforma nie zdobyła się na kompromis z lewicą, by uratować ustawę przed wetem prezydenta. Potem, gdy jednak kompromis zawarto, zerwał go premier Tusk.
Oba projekty nie były idealne, ale istotnie zmniejszały wpływ polityków na wybór władz mediów publicznych - czyli utrudniały ręczne sterowanie. Były więc lepsze od tego, co jest dziś - totalnego upartyjnienia mediów przez
PiS i
SLD.
Po tych porażkach
TVP wpadła w ręce Farfała. A minister skarbu z PO Aleksander Grad robił wszystko, czego mu prawo nie zakazywało, by przedłużyć rządy Farfała - a tym samym opóźnić nieuniknione przejęcie telewizji przez PiS.
Platforma ostentacyjnie ignorowała media publiczne - by pokazać, że nie chce nimi manipulować jak PiS i lewica. Ale ignorowała również obowiązek rządzących, którym jest troska o niezależne media publiczne.
Owszem, premier przyklasnął twórcom kultury, gdy skrzyknęli się, by napisać nową ustawę. Wyręczając rząd i posłów, za darmo odwalili kawał dobrej roboty. Powstał pierwszy projekt, który polityków od mediów publicznych odcina skalpelem.
PO znów jednak kręci nosem. Że opłata audiowizualna z projektu twórców to "podymne od każdego Polaka", że ustawę napisali pod siebie producenci.
Czy Platformie chodzi o to, by po wygranych wyborach prezydenckich i parlamentarnych jednak zdobyć media dla siebie? Jeśli nie, to niech rzetelnie popracuje nad projektem twórców. Ma cenne zalety i parę wad, które można szybko usunąć.