Lady Ashton, którą przywódcy UE wybrali na nowy urząd szefa unijnej dyplomacji jesienią 2009 r., jest ofiarą przereklamowania traktatu lizbońskiego. Wbrew oczekiwaniom wielu Europejczyków unijnej polityki zagranicznej i obronnej nie powierzono żadnemu tuzowi dyplomacji. Państwa wolały kogoś, kto nie zagrozi ich kompetencjom, a tuż po wyborze Brytyjki wybuchły przepychanki w sprawie budowy przyszłego korpusu dyplomatycznego.
Jednak Ashton, która słynie z wielkiej odporności psychicznej na krytykę, radzi sobie coraz lepiej. I mimo trwających prac nad tworzeniem korpusu dyplomatycznego postanowiła się zająć meritum i pojechać w pierwszą dużą podróż zagraniczną - na Bliski Wschód. To jeden z regionów, w których wiele krajów UE nie ma silnych interesów ani wyraźnej polityki zagranicznej. Dlatego całkiem realne jest wypracowanie wspólnej linii przez całą Unię.
- Możemy jako Unia użyć argumentu zacieśniania relacji handlowych, aby zachęcić
Izrael do podjęcia rozmów pokojowych - mówiła Ashton.
Zwłaszcza w starej Europie rosną ambicje, aby w polityce bliskowschodniej się usamodzielnić i nie oglądać się wyłącznie na Waszyngton. - Amerykanie zawsze oczekują od Europy, aby nadal dawała miliony na pomoc dla Palestyńczyków i nie zgłaszała żadnych pomysłów dyplomatycznych. Teraz mamy szansę to zmienić - mówi Rosemary Hollis z brytyjskiego ośrodka badawczego Chatham House.
Ashton w swej pierwszej i nieźle ocenianej mowie programowej, którą wygłosiła przed tygodniem w Parlamencie Europejskim, zapowiedziała, że szybka koordynacja polityki zagranicznej UE jest możliwa także na Bałkanach zachodnich, Ukrainie czy w Gruzji.
Wprawdzie w bliskiej przyszłości trudno wyobrazić sobie całkowicie spójną politykę UE wobec Rosji, to przykładowo Ashton oraz jej następcy będą mieli pole do popisu w sprawie wypracowywania wspólnych decyzji wobec Chin.
Choć wśród krajów UE słabną nastroje integracyjne, to Ashton uzyskała od szefów dyplomacji "deklarację rozejmu" podczas ich spotkania w Kordobie przed dwoma tygodniami. - Jej kompromitacja byłaby przecież naszą kompromitacją. Nie warto wkładać jej kija w szprychy - mówi jeden z zachodnich dyplomatów.
I po Kordobie ustały ostre ataki na Ashton, której wcześniej obrywało się za nieobecność na
Haiti po trzęsieniu ziemi (tu w krytyce przodowali Francuzi) czy też na szczycie ministrów obrony w Hiszpanii (mimo nacisków Madrytu Ashton pojechała wówczas na inaugurację nowego prezydenta Ukrainy).
- Stworzenie nowej służby dyplomatycznej nie oznacza, że będziemy zawsze i wszędzie korzystać z tych samych notatek, ale pomoże nam we wspólnym działaniu - tak szef niemieckiego
MSZ Guido Westerwelle chwalił ponoć wstępne pomysły Ashton na korpus dyplomatyczny.
Stolice zasadniczo już ustaliły (bądź pogodziły się), że poszczególne kraje nie będą miały w nowej służbie odgórnie zagwarantowanej liczby swoich ludzi, choć w Parlamencie Europejskim idei limitów narodowych nadal broni m.in. Jacek Saryusz-Wolski. Polski rząd liczy jednak, że dzięki świetnym polskim kandydaturom, w których sprawie lobbował przedwczoraj w Brukseli minister Mikołaj Dowgielewicz, uda się nam uzyskać właściwą reprezentację. - Liczą się nie tylko ambasady UE. Mamy też kilka bardzo dobrych nazwisk Polaków do głównej siedziby nowego korpusu w Brukseli - mówi Dowgielewicz.
W tym roku nie zwolnią się posady ambasadorów w Kijowie czy Polsce, które mogą interesować naszą dyplomację. Współpracownicy Ashton podobno przychylnym okiem patrzą na kandydaturę Andrzeja Ananicza, który miałby pojechać na unijną placówkę do Pakistanu, ale - jak mówi jeden z brukselskich dyplomatów - czekają na potwierdzenie, czy Ananicz "naprawdę tego chce".
Prócz sporów o nazwiska Ashton, kraje Unii i Komisja Europejska wciąż debatują, kto i jak powinien uczestniczyć w nominacjach ambasadorów. Ich placówki oprócz tradycyjnej polityki zagranicznej (to domena krajów UE) muszą zajmować się też m.in. polityką handlową, co jest kompetencją Komisji żądającej z tego powodu wpływu na nominacje.
- Jeden z ojców założycieli wspólnej Europy Jean Monnet mawiał, że instytucje są ważne, bo kiedy już powstaną, to własnym "ciężarem" stopniowo tworzą przestrzeń do działania. Kiedy zatem powstanie korpus dyplomatyczny, to zacznie walczyć o koordynowanie polityki. Może jest więc na co czekać - przekonywała niedawno Urlike Guerot, ekspert z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych.