Dla męża jest pani "Anką".
- Zostało z harcerstwa. Najpierw - to zabawne - poznałam jego buty. Niezwykle atrakcyjne. Żółte, amerykańskie, jakich nikt nie miał, pożyczał moim kolegom na rajdy. Nagle sam w nich przyszedł. To było 40 lat temu, w kwietniu. Mieliśmy rajd harcerski w Puszczy Kampinoskiej. Stałam pod piękną, rozłożystą sosną na punkcie jako drużynowa, koledzy podeszli z nim do mnie i został mi przez nich przedstawiony.
W takiej etykiecie?
- Etykieta jest ważna. Mam nadzieję, że będzie zawsze.
180 cm, oczy piwne, włosy ciemny blond, znaków szczególnych brak.
- Nie padłam plackiem. Ktoś inny mi się podobał.
Zaiskrzyło po dwóch latach. Coś razem robiliśmy, o czymś rozmawialiśmy, był szarmancki, z pomysłami, poczuciem humoru. Pomyślałam, że może być z nim interesująco.
Wiedziała pani, w co wchodzi?
- O, tak. Wiedziałam, że był już raz aresztowany, w 1971 roku.
Pani rodzice też wiedzieli?
- Domyślali się.
Był tylko jeden moment, kiedy poczułam niepokój. Poszliśmy na spektakl do STS-u. Ze sceny padały teksty prowokujące publiczność do reakcji antyreżimowej. I Bronek wyrwał się jako jeden z nielicznych i wygłosił całe przemówienie polityczne, głośno, z widowni. Zaimponował mi śmiałością. I nagle ogarnął mnie lęk, że tyle w nim odwagi. A może był i wstyd, że ma potrzebę jej demonstrowania.
Byłam studentką V roku filologii klasycznej, Bronek kończył wydział historii. Mieliśmy szaleńczy plan, żeby wziąć ślub w Jerozolimie. Udało się nam dostać paszporty i pojechaliśmy do Austrii zarobić. Pierwszy raz byłam na Zachodzie. Pracowaliśmy w hotelu. Doznałam szoku cywilizacyjnego. To był stary gasthof w Tyrolu. A w nim zmywarki do naczyń, maszyny do obierania kartofli i (śmiech) toalety na fotokomórki. Wie pani, o czym mówię?
W Szwajcarii obmacywałam ściany i podłogę.
- Boże, jak dobrze, że nasze dzieci nie muszą już przeżywać takiego dyskomfortu.
Pięcioro.
- Troje poza domem, dwoje najmłodszych z nami, jeszcze studiują.
Jakie są?
- Niezależne. Prosiły, żeby nie opowiadać o nich w gazetach.
Źródło: Duży Format