Michał "Śledziu" Śledziński to człowiek instytucja, którego niesamowita pracowitość wydobyła polski komiks ze stanu zapaści trwającej jeszcze od lat 80. Pierwszą dekadę wolności polscy komiksiarze spędzili głównie spotykając się na konwentach, pokazując sobie nawzajem plansze niedokończonych projektów i psiocząc na polski rynek książki niepozwalający im na rozwinięcie skrzydeł.
"Śledziu" w tym samym czasie taśmowo produkował pełne surrealistycznego humoru historyjki o dwóch stworzeniach małpokształtnych imieniem Fido i Mel, które ukazywały się na łamach redagowanego w Bydgoszczy pisma "Świat Gier Komputerowych".
Zgromadzone doświadczenia pozwoliły mu w 1999 roku założyć własne pismo, legendarny "Produkt". Cykl "Osiedle Swoboda" był jego flagową serią i przy tym jakby programowym manifestem. Opisywał przygody paczki blokersów, w miarę typowe dla młodych Polaków u schyłku stulecia (przepychanki z dresiarzami i osiedlowymi emerytami, wkręcanie się na imprezy i szukanie okazji do zarobienia paru groszy).
Były tam świetne drobne obserwacje obyczajowe, np. nastoletni degenerat po całonocnym szaleństwie wraca cicho do pokoju, który dzieli z bratem. Ledwie przyłoży rozpaloną głowę do poduszki, dzwoni budzik.
"Czym ja cię skrzywdziłem, braciszku, że nastawiasz przy mnie budzik w niedzielę na szóstą rano?" - jęczy bohater i słyszy miażdżącą odpowiedź: "Zapomniałeś? Dzisiaj msza za babcię, obiecaliśmy mamie...". Programowe przesłanie tego komiksu dziś jest oczywistością, dekadę temu zaskakiwało jednak czytelników. "Śledziu" dostrzegł temat w codziennym życiu bydgoskiego osiedla, w rozmowach podsłuchanych w sklepie nocnym, w osiedlowych legendach i oczywiście w swoich własnych przygodach, których wszak nie brak w życiu młodego zdolnego rysownika.
Polski komiks długo tego nie potrafił. Mieliś-my bardzo upiększony obraz polskiej rzeczywistości w oficjalnych opowieściach o kapitanie Żbiku, plus karykatury Mleczki czy Czeczota. Ale jeśli ktoś chciał wymyślić u nas fabularną historyjkę rysunkową, najchętniej uciekał w fikcyjne państwo zachodniopodobne, jak w sensacyjnym komiksie "Czarna róża" Stefana Weinfelda i Jerzego Wróblewskiego. "Produkt" rehabilitował polską lokalność, ale nie przez zamykanie bohaterów i fabuł w jakiejś cepelii. Bohaterowie "Osiedla Swoboda" podczas swoich imprezowych peregrynacji często ocierają się o wątki zaczerpnięte z globalnej popkultury, takie jak apokalipsa zombi albo wyprawy do alternatywnej rzeczywistości (w których niepokojąco sprawny jest osiedlowy menel Ciachciarachciach).
Jeśli w końcu apokalipsa zombi może mieć miejsce w takiej zapadłej dziurze jak Evans w stanie Pensylwania (miejsce akcji klasycznej "Nocy żywych trupów" Romero), to czemu nie na bydgoskim osiedlu? Jeśli krwiożerczy mutant może się kryć na bagnach Luizjany, to czemu nie w gliniankach pod Bydgoszczą? Jeśli fabuła o wojnach narkotycznych gangów wydaje nam się realistyczna, gdy chodzi o Bronx, to czemu nie, gdy dzieje się w Osiedlu Swoboda?
Nawiązując do instytucji "dodatków do DVD", "Śledziu" opatruje komiks odautorskim komentarzem. Paski tekstu pod każdą planszą wyjaśniają źródła inspiracji - na przykład prawdziwą osiedlową przygodę, która przydarzyła się autorowi lub komuś z jego znajomych. W pierwszym z nich autor zdradza źródło pomysłu na komiks. Okazuje się, że oglądał stare pocztówki chwalące piękno pejzażu Bydgoszczy, aspirującej, jak wiadomo, do miana "Wenecji Kujaw". Zaczął szkicować podobne pejzaże Bydgoszczy współczesnej i podkusiło go, by spomiędzy budynków wychodziły komiksowe "dymki" dialogowe, których bohaterowie snują jakąś absurdalną rozmowę.
Rzeczywiście, na pierwszej planszy "Osiedla Swoboda" widać tylko panoramę miasta, bohaterów zaś tylko "słyszymy", jak snują absurdalną pogaduszkę, przeskakując od życia erotycznego Madonny po życie pozagrobowe Tupaca Shakura. Dopiero na następnej planszy "Śledziu" dorysował twarze blokersów snujących te dywagacje.
Jako portret obyczajów "Osiedle Swoboda" to już dzieło historyczne. Rzecz dzieje się na przełomie stuleci, a więc w ostatniej chwili, w której ludzie mogą się umówić na imprezę bez użycia SMS-a, nikt nie ma profilu na Facebooku ani konta na Twitterze, blokersi zaś nawet nie biorą pod uwagę takiej możliwości, że wolny czas spędzać będą w galerii handlowej.
Za sprawą złotoustego prezesa Kaczyńskiego w naszym języku politycznym pojawiło się sformułowanie o "powrocie do najgorszych praktyk lat 90.". Ten komiks to piękny portret obyczajów polskiej młodzieży z tamtej dekady - powrót do praktyk najlepszych...
Źródło: Duży Format