http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Anny dwie, prezydentowa jedna

Teresa Torańska
2010-03-17, ostatnia aktualizacja 2010-03-17 18:52

Teresa Torańska rozmawia z żonami kandydatów PO na prezydenta - dziś tylko fragment. Całość tylko w czwartek w papierowym "Dużym Formacie".

Anne Applebaum: Trzecia siostra

Teresa Torańska: Mało o pani wiemy. Zaczynamy od rodziny?

Anne Applebaum: - Rodzice mieszkają w Waszyngtonie. Czytam teraz w polskich gazetach, że są wpływowi i zamożni. Kogoś poniosła fantazja: chciałabym mieć takich rodziców. Niestety, mam - jak na amerykańskie warunki - całkiem normalnych i radzić muszę sobie sama. Ojciec jest prawnikiem, mama pracowała w waszyngtońskiej galerii sztuki współczesnej. Nie mają nic wspólnego ani z polityką, ani z dziennikarstwem. I są trzy siostry .

Z Czechowa?

- Nie, z Applebaumów. Jedna jest prawnikiem i mieszka w Kalifornii, druga pracowała do niedawna w instytucie badającym problemy edukacyjne na Florydzie.

I obie za mężów mają normalnych Amerykanów?

- Tak.

A dzieci?

- Też są normalne. (Śmiech ). Julie ma chłopców bliźniaków i córkę, a Kathy - ta z Florydy - dwie córki. Wystarczy?

Została nam trzecia siostra.

- Czyli ja, najstarsza.

Inna?

- Z polskich gazet wynika, że gorsza, bo popełniła mezalians. Wyszła za mąż za syna projektantów, absolwenta Oksfordu, który był gwiazdą "National Review", wpływowego amerykańskiego magazynu, straszne! Z czego to jest, niech mi pani powie. Z kompleksów, z Tołstoja czy z Sienkiewicza?

Z Mniszkówny.

- Nie czytałam - powinnam?

Nie, nie, mała strata. Studiowała pani na Yale.

- Na uniwersytecie Yale, tak. Dwa fakultety: historię, głównie rosyjską, oraz literaturę - francuską i rosyjską przede wszystkim. Rodzice nie byli tym zachwyceni. Uczenie się rosyjskiego uważali za stratę czasu, bo Rosja - mówili - jest krajem zamkniętym na cudzoziemców. Nie próbowali mi jednak przeszkadzać. W 1984 roku pojechałam na dwa letnie miesiące do ZSRR.

Pierwszy raz?

- Tak, jako studentka i w zorganizowanej grupie, nie pojedynczo. Przyjechaliśmy do Leningradu, umieszczono nas w akademiku dla studentów zagranicznych, w ciągu dnia mieliśmy lekcje rosyjskiego, a potem mogłam biegać po mieście. Bardzo chciałam poznać jakichś ludzi. Leningrad był przygnębiający. Bez koloru. Szare mury, szare ulice, mało zieleni i kompletnie zrujnowane kamienice. A nad tym miastem w stanie ruiny, które wyglądało, jakby za chwilę miało się rozpaść, unosił się strach. Rosjanie bali się cudzoziemców, nie chcieli z nami rozmawiać. Nawet na ulicy, gdy kogoś pytałam, jak gdzie dojechać, uciekali.

(...)

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    50 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':