Anne Applebaum: Trzecia siostra Teresa Torańska: Mało o pani wiemy. Zaczynamy od rodziny? Anne Applebaum: - Rodzice mieszkają w Waszyngtonie. Czytam teraz w polskich gazetach, że są wpływowi i zamożni. Kogoś poniosła fantazja: chciałabym mieć takich rodziców. Niestety, mam - jak na amerykańskie warunki - całkiem normalnych i radzić muszę sobie sama. Ojciec jest prawnikiem, mama pracowała w waszyngtońskiej galerii sztuki współczesnej. Nie mają nic wspólnego ani z polityką, ani z dziennikarstwem. I są trzy siostry .
Z Czechowa? - Nie, z Applebaumów. Jedna jest prawnikiem i mieszka w Kalifornii, druga pracowała do niedawna w instytucie badającym problemy edukacyjne na Florydzie.
I obie za mężów mają normalnych Amerykanów? - Tak.
A dzieci? - Też są normalne. (Śmiech ). Julie ma chłopców bliźniaków i córkę, a Kathy - ta z Florydy - dwie córki. Wystarczy?
Została nam trzecia siostra. - Czyli ja, najstarsza.
Inna? - Z polskich gazet wynika, że gorsza, bo popełniła mezalians. Wyszła za mąż za syna projektantów, absolwenta Oksfordu, który był gwiazdą "National Review", wpływowego amerykańskiego magazynu, straszne! Z czego to jest, niech mi pani powie. Z kompleksów, z Tołstoja czy z Sienkiewicza?
Z Mniszkówny. - Nie czytałam - powinnam?
Nie, nie, mała strata. Studiowała pani na Yale. - Na uniwersytecie Yale, tak. Dwa fakultety: historię, głównie rosyjską, oraz literaturę - francuską i rosyjską przede wszystkim. Rodzice nie byli tym zachwyceni. Uczenie się rosyjskiego uważali za stratę czasu, bo
Rosja - mówili - jest krajem zamkniętym na cudzoziemców. Nie próbowali mi jednak przeszkadzać. W 1984 roku pojechałam na dwa letnie miesiące do ZSRR.
Pierwszy raz? - Tak, jako studentka i w zorganizowanej grupie, nie pojedynczo. Przyjechaliśmy do Leningradu, umieszczono nas w akademiku dla studentów zagranicznych, w ciągu dnia mieliśmy lekcje rosyjskiego, a potem mogłam biegać po mieście. Bardzo chciałam poznać jakichś ludzi. Leningrad był przygnębiający. Bez koloru. Szare mury, szare ulice, mało zieleni i kompletnie zrujnowane kamienice. A nad tym miastem w stanie ruiny, które wyglądało, jakby za chwilę miało się rozpaść, unosił się strach. Rosjanie bali się cudzoziemców, nie chcieli z nami rozmawiać. Nawet na ulicy, gdy kogoś pytałam, jak gdzie dojechać, uciekali.
(...)