O sprawie napisał wczoraj "New York Times", podając, że prywatną siatkę wywiadowczą pracującą dla wojska stworzył urzędnik Departamentu Obrony Michael Furlong. Prywatne firmy, złożone głównie z byłych oficerów wywiadu i sił specjalnych, zbierały informacje o wrogach
USA - w co najmniej jednym wypadku skończyło się to ich zabiciem w wyniku nalotu.
"Times" pisze, że nie jest jasne, kiedy siatka Furlonga zaczęła działać, ale "jej działalność nabrała rozpędu latem 2009 r.". Jesienią, po skargach
CIA i w wyniku przekonania, że używanie prywatnych firm do zbierania danych wywiadowczych dla wojska jest nielegalne, w Pentagonie wszczęto w tej sprawie śledztwo.
Furlong do finansowania siatki wykorzystywał prawdopodobnie pieniądze przeznaczone na rozwój gazety internetowej AfPax.com o wydarzeniach na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Z tekstu "Timesa" nie wynika jasno, czy przełożeni Furlonga, urzędnika średniego szczebla, wiedzieli o jego projekcie.
Sam Furlong miał o opłacanych przez Pentagon prywatnych agentach mówić: "Moi Jasonowie Bourne'owie" - od postaci doskonałego mordercy z książek Roberta Ludluma.
Artykuł "Timesa" odnowi w USA dyskusję o roli prywatnych zleceniodawców w prowadzonych przez USA wojnach. Ochroniarze prywatnej firmy Blackwater konwojujący w Bagdadzie 16 września 2007 r. amerykańskich dyplomatów otworzyli, jak się okazało, bez powodu ogień na zatłoczonym placu. W wyniku strzelaniny zginęło 17 cywilów irackich, co wywołało ogromny gniew w Iraku i zaostrzenie w stosunkach Waszyngtonu z władzami w Bagdadzie (które ostatecznie Blackwater z Iraku wyrzuciły).
To także prywatni zleceniodawcy przeprowadzali na zlecenie CIA większość przesłuchań oskarżonych o przynależność do Al-Kaidy tzw. metodami niekonwencjonalnymi, powszechnie uważanymi za tortury.
- W wyniku działań Furlonga nie została spaprana co prawda żadna ważna akcja wywiadowcza - mówi "Timesowi" wysoki urzędnik amerykański - ale to zły pomysł, by na terenach, gdzie toczy się wojna, hasali prywatni agenci udający Jamesów Bondów...