Szef Imedi Giorgi Arweladze powiedział wczoraj, że Gruzini powinni byli zrozumieć, iż nie chodzi o rzeczywistą sytuację. Oświadczył jednocześnie, że "nie przewiduje ani zmian personelu, ani żadnych dymisji" w stacji.
Arweladze przeprosił jednak za szok, jaki wywołała relacji: - Naszym celem było jedynie opowiedzenie o zagrożeniach, w których obliczu stoi nasz kraj. Chcieliśmy w otwarty sposób pokazać przygotowywany przez Moskwę plan z wszystkimi jego bolesnymi szczegółami.
Rosyjski
MSZ zarzucił gruzińskim władzom paranoję, a dziennikarzom telewizji Imedi brak odpowiedzialności. - Machinacje Imedi są nieodpowiedzialne i niemoralne - ocenił rzecznik MSZ Andriej Niestierienko i wezwał wspólnotę międzynarodową do potępienia emisji reportażu. Jego zdaniem sfabrykowany reportaż "zaszkodził bezpieczeństwu i stabilizacji w regionie".
Audycja była fikcyjną relacją z inwazji wojsk rosyjskich na Gruzję. W reportażu rosyjskie czołgi wjechały do Tbilisi, a prezydent
Micheil Saakaszwili zginął w inspirowanym przez Rosjan zamachu.
Popierająca prezydenta Imedi nie kryła, że reportaż był swoistą odpowiedzią na niedawne spotkania dwójki liderów gruzińskiej opozycji, w tym byłej przewodniczącej parlamentu Nino Burdżanadze, z premierem Rosji Władimirem Putinem. W reportażu to Burdżanadze staje na czele prorosyjskiego spisku przeciwko Saakaszwilemu.
Po emisji fałszywego reportażu Gruzini rzucili się do wykupywania benzyny, a z wiosek w pobliżu granicy z Osetią Płd. zaczęli uciekać ludzie. Według jednego z posłów matka gruzińskiego żołnierza, oglądając program, zmarła na
zawał serca.
W spontanicznej demonstracji w niedzielę w Tbilisi 500 osób domagało się ukarania odpowiedzialnych za emisję programu. Imedi przepraszała telewidzów na pasku emitowanym na dole ekranu.