http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Miller z Ziobrą wydeptali ugodę

Bogdan Wróblewski
2010-03-15, ostatnia aktualizacja 2010-03-16 01:28

Zbigniew Ziobro wyraża ubolewanie i oświadcza, że doszło do nieporozumienia. Tak po trzech latach kończy się cywilny proces byłego premiera Leszka Millera i b. ministra sprawiedliwości

Leszek Miller
Fot. Małgorzata Kujawka / AG
Leszek Miller
Poszło o konferencję Ziobry z 20 lipca 2007 r. To był szczególny dzień. Na naradzie z ówczesnym szefem CBA Mariuszem Kamiński (w sprawie przecieku w aferze gruntowej) Ziobrę dopadła wiadomość: amerykański sędzia Arlander Keys nie zgodził się na ekstradycję polonijnego biznesmena, przyjaciela polityków lewicy Edwarda Mazura. Mazur podejrzany był i jest o zlecenie zabójstwa w 1998 r. gen. Marka Papały, byłego szefa policji.

Ziobro zwołuje konferencję prasową w ministerstwie. W drodze dobiegają go pierwsze kąśliwe komentarze o decyzji amerykańskiego sądu m.in. Ryszarda Kalisza i Leszka Millera z SLD. Ziobro na konferencji wybucha. I atakuje SLD.

Kilka razy po nazwisku wymienia Millera i Kalisza. Tłumaczy, że błędy popełniono na początku śledztwa ("A Leszek Miller na miejscu zbrodni zadeptał dowody"). Najgorsze było jednak - zdaniem Ziobry - wypuszczenie Mazura w 2002 r., gdy w Polsce został zatrzymany. - Kompromitacją była bezczynność, kompromitacją była zgoda na jego ucieczkę - odpowiada w 2007 r. na pytanie, czy decyzja amerykańskiego sądu nie kompromituje naszych organów ścigania.

Wyjazd Mazura nazywa ucieczką. I dodaje, że w sensie moralnym i politycznym "była to zbrodnia, która obciąża rząd Leszka Millera". W 2002 r. Miller był premierem.

- Pan Zbigniew Ziobro musiał wiedzieć, że Edward Mazur nie musiał uciekać z Polski, bo został zwolniony wobec braku możliwości przedstawienia mu zarzutu. Odpowiedzialność mojego rządu nie ma żadnego uzasadnienia - tłumaczył wczoraj w sądzie Miller. Na konferencję Ziobry z 2007 r. od razu odpowiedział pozwem o ochronę dobrego imienia.

Sprawa trwała trzy lata. Na kilkunastu rozprawach przesłuchano 50 świadków. Sąd badał akta sprawy o zabójstwo Marka Papały i akta śledztwa dotyczącego decyzji prokuratorów o zwolnieniu Mazura (zostało umorzone). I nikt nie spodziewał się chyba zakończenia ugodą, choć zachęcała do tego sędzia Halina Plasota.

Ziobro i Miller to nie tylko polityczni przeciwnicy. Są jak ogień i woda. Jeszcze w uszach dźwięczą nam słowa Millera do Ziobry, członka komisji śledczej ds. afery Rywina: "Pan jest zerem".

Dlaczego wczoraj rozstali się w zgodzie? Pewnie dlatego, że sprawę w swoje ręce wzięli prawnicy mec. Bronisław Muszyński (po stronie Millera) i Jacek Wierciński (reprezentujący Ziobrę). Już w grudniu doprowadzili do zawarcia - trzymanej w tajemnicy - ugody poza sądem co do pierwszego zarzutu o "deptaniu dowodów". Ziobro zgodził się oświadczyć, że nigdy nie zarzucał Millerowi "umyślnego i celowego zadeptywania miejsca zabójstwa" gen. Papały. "Jeśli pan Leszek Miller odniósł takie wrażenie, to pan Zbigniew Ziobro wyraża w związku z tym ubolewanie".

Proces miał się jednak toczyć dalej, bo Miller domagał się przeprosin "za naruszające jego dobre imię informacje", że "jest osobiście odpowiedzialny za umożliwienie ucieczki" Mazura.

Wczoraj podczas godzinnej przerwy zdanie to udało się stronom tak przerobić, że ugoda (tym razem przed sądem) stała się możliwa. Ziobro oświadczył bowiem, że nie zarzucał Millerowi "odpowiedzialności innej niż przypisywana politykom za fakt, że pan Edward Mazur jest poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości".

- Zawsze mówiłem o odpowiedzialności politycznej w tej sprawie - podkreślał w kuluarach Ziobro.

- Kompromis nie wszystkich musi zadowalać - powiedział nam były premier. I dodał, że satysfakcjonuje go "ubolewanie" Ziobry w pierwszej, "z punktu widzenia opinii publicznej ważniejszej sprawie", czyli "zadeptywania".

Obaj politycy tłumaczyli, że kończą spór, bo zapowiadało się, że proces będzie trwał jeszcze długo.

Komentuje prof. Tomasz Nałęcz, szef pierwszej sejmowej komisji śledczej (ds. afery Rywina)

Ugodę, w której Zbigniew Ziobro wyraża "ubolewanie", bo nie chciał "umyślnie i celowo" obrazić Leszka Millera, odczytuję jako przyznanie się Ziobry do winy. Ale to przyznanie nie szczere, bo moim zdaniem Ziobro poszedł na te ugodę z obawy przed sądową porażką. Miller ma więc powody do satysfakcji.

Ziobro wtedy niewątpliwie naruszył dobre obyczaje panujące w naszej komisji śledczej. Ówczesnego premiera Millera przesłuchiwał przez blisko 7 godzin, nikogo innego nie dopuścił do głosu, sam zresztą niczego istotnego nie ustalił. Ewidentnie grał na zmęczenie Millera. Chciał go sprowokować rzucając brutalne oskarżenia, że Miller jest moralnie odpowiedzialny za śmierć generała Marka Papały, i za to, że winni nie zostali schwytani.

Pamiętam to bardzo dobrze, bo to był istotny moment w naszych przesłuchaniach, że te zarzuty Ziobro rzucił już po zakończeniu przesłuchania. I udało mu się: Miller tak sprowokowany rzucił w złości "Pan jest zerem!". I to jedno zdanie zdecydowało, że dla Millera całe przesłuchanie zakończyło się porażką. Była spektakularna, bo premier poniósł ją na żywo, na oczach tysięcy widzów.

not. knysz

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':