http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Większych pensji w tym roku nie będzie

Adam Leszczyński
2010-03-15, ostatnia aktualizacja 2010-03-15 10:18

Związkowcy potrafią tylko żądać? Po to są.

Adam Leszczyński
fot. Piotr Bernaś/AG
Adam Leszczyński
ZOBACZ TAKŻE
"Nie ma się co łudzić, że w tym roku w skali całej gospodarki dojdzie do realnego wzrostu pensji" - pisze Jakub Kurasz w redakcyjnym komentarzu "Rzeczpospolitej". "To wciąż będzie rok pracodawcy, a nie pracownika, zwłaszcza że miejsc pracy wciąż ubywa".

Ta niewesoła diagnoza służy komentatorowi jednak tylko jako pretekst do narzekań na związki zawodowe. Wśród związkowych działaczy - pisze Kurasz - "można zauważyć ożywioną, pozimową atmosferę". Związkowcy "potrafią tylko żądać". A dlaczego żądają? Żeby zdobyć poklask: "Zacznie łatwiej jest zdobyć poklask wtedy, gdy się czegoś od pracodawcy żąda".

Niżej podpisanemu wydaje się, może naiwnie, że po to związki zawodowe wywalczono - w sposób brutalny i często krwawy - sto lat temu z okładem: aby pracownicy mogli wspólnie żądać czegoś, np. podwyżki pensji, od pracodawcy. Wspólnie, bo samotnie każdy człowiek jest bezbronny wobec potężnej instytucji, która daje mu pracę i może go zwolnić. Nie ma też nic wywrotowego w przyznaniu, że interesy pracodawców i pracowników z natury radykalnie się rozchodzą: pracodawcy zależy, żeby kupować pracę jak najtaniej; pracownikom - żeby sprzedać ją jak najdrożej. Nie ma powodu sądzić, że interes tych pierwszych jest w jakiś fundamentalny sposób bardziej godny uwzględnienia.

Czy związkowcy zachowują się nieodpowiedzialnie? Chyba nie. Kurasz: "W zeszłym roku załogi, świadome kłopotów finansowych swoich firm, często rezygnowały z żądań płacowych. Ale gdy teraz pojawiają się sygnały ożywienia, związkowcy mówią: dzieliliśmy się biedą, teraz dzielimy się zyskami". Wszystko zatem w porządku; o co tu się martwić? Związkowcy wykonują swoją pracę.

*

"Firmy nie płacą, sądy nie karzą" - o łamaniu praw pracowniczych czytam na żółtych stronach "Gazety Prawnej". To chyba najciekawsza wiadomość w dzisiejszej prasie (ciekawsza nawet od zdjęć oryginalnego kapelusza Dody, o którym piszą brukowce - Doda ma na głowie lalkę Barbie przypominającą Edytę Górniak jeżdżącą na wielkim, żółtym bananie). Okazuje się, że przepisy prawa pracy - których liberalizacji rytualnie domagają się stowarzyszenia pracodawców - pozostają, jak wiele przepisów w Polsce, papierową fikcją.

"Prokuratura często odmawia wszczęcia postępowania w tych sprawach lub je umarza" - czytam. Nie to, że takich spraw jest dużo - w zeszłym roku Państwowa Inspekcja Pracy ujawniła np. 86 tys. przypadków niewypłacenia pensji pracownikom (co, jak chyba każdy musi przyznać, jest dość drastycznym naruszeniem ich praw). Z tego do prokuratury trafiło 280 przypadków, czyli - jak łatwo policzyć - mniej więcej jedna trzecia procenta.

Gdzie jest haczyk? Otóż potrzeba dowodów, że pracodawca działa "złośliwie i uporczywie". "Do przestepstwa może dojść tylko w przypadku, gdy działania pracodawcy cechuje szczególna determinacja". Udowodnić intencje jest oczywiście bardzo trudno, więc przepisy pozostają martwe.

*

Być może powinniśmy brać przykład z Brytyjczyków. Jak czytamy w kilku gazetach, brytyjska firma przetwórstwa mięsnego Forza AW postanowiła, że nie będzie zatrudniać Brytyjczyków, tylko Polaków, i była na tyle niemądra, że się do tego przyznała.

Powód? "Rzeczpospolita": "W firmie pracuje już tylu Polaków, że wszystkie szkolenia BHP odbywają się w języku polskim".

Na Forza AW spadła lawina krytyki, a rządowe biuro ds. równości (może i u nas by się przydało?) oskarżyło ją o złamanie prawa. Z ogłoszeń wycofała się rakiem.

Sprawa ma oczywiście drugie dno: w Forza AW dlatego pracują głównie Polacy, bo godzą się na niższe zarobki - według "Rz" 6 funtów za godzinę zamiast 11 funtów, których oczekują Brytyjczycy. W dodatku w pracy nie trzeba znać angielskiego, co dla wielu imigrantów jest plusem, a pracodawcy ułatwia rozglądanie się za tanią (i potulną) siłą roboczą.

Jaki morał z tej historii? Brytyjczycy nie żyją w fałszywym złudzeniu, że pracodawcy i pracownicy jadą na tym samym wózku - tylko wiedzą, że ich interesy są sprzeczne, potrafią się organizować i walczyć o swoje, a państwowe instytucje traktują łamanie praw pracowniczych poważnie. I - nie do wiary! - nie jest to wcale sprzeczne ani z demokracją, ani z kapitalizmem.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':