Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się pewne, że latem 2010 r. władzę na Wyspach przejmą konserwatyści, a premierem zostanie ich przywódca David Cameron. Na dwa miesiące przed wyborami (ich data nie została jeszcze ogłoszona, najpewniej odbędą się 6 maja) nic jednak nie wiadomo.
Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się za to powstanie pierwszego od wojny rządu koalicyjnego - gabinetu złożonego ze zwycięskich laburzystów lub konserwatystów oraz liberałów.
Choć bez pracy jest grubo ponad 2 mln Brytyjczykow, a kryzys wciąż drenuje kieszenie obywateli, w ciągu ostatnich miesięcy przewaga konserwatystów nad laburzystami stopniała z 20 do zaledwie kilku punktów. Po 13 latach rządów skazywana na porażkę Partia Pracy ma szansę utrzymać się przy władzy.
Od kilku tygodni sondaże pokazują, że w wyniku wyborów może powstać parlament, w którym dwie głowne partie nie będą miały wystarczającej większości, by samodzielnie stworzyć rząd. - Każdy wynik między jednym punktem przewagi laburzystów a 10 proc. przewagi torysów oznacza brak większości koalicyjnej - uważa Peter Kellner, szef instytutu badania opinii publicznej YouGov.
Aby zdobyć potrzebne do rządzenia 326 mandatów w 650-osobowej Izbie Gmin, konserwatyści muszą odnieść największe zwycięstwo wyborcze od lat i zdobyć 116 nowych mandatów. Cameron musiałby pobić bardzo dobry wynik Margaret Thatcher z 1979 r.
Brytyjczycy mają wprawdzie dość premiera Gordona Browna, ale Partia Pracy skutecznie wystraszyła rzesze niezdecydowanych wyborcow tym, że konserwatyści będą ciąć wydatki i podnosić podatki. W dodatku Cameron, choć elokwentny i medialny, nie ma charyzmy Thatcher. Na jego niekorzyść działa też to, że wielu wyborców ma dość głównych partii. W1959 r. w Izbie Gmin było ledwie sześciu liberałów i jeden poseł niezależny - w2005 r. posłów nienależących do dwóch głównych partii jest już 92.
Brytyjska ordynacja wyborcza z jednomandatowymi okręgami wyborczymi faworyzuje największe partie, ale niejednakowo. Granice tych okręgow wytyczyli bowiem pod koniec lat 90. laburzyści w sposob dla siebie korzystny.
Okręgi tradycyjnie głosujące na laburzystów są mniejsze niż te głosujące na konserwatystów. W rezultacie Partia Pracy potrzebuje mniej głósow, by dostać mandat, niż torysi. Może się więc okazać, że na torysów zagłosuje więcej Brytyjczyków, ale więcej posłów będą mieli i tak laburzyści.
Taka sytuacja już się zdarzyła. W1974 r. konserwatyści zdobyli co prawda więcej głosów, ale to laburzyści dostali więcej mandatów. Torysi nie chcieli oddać władzy, ale nie dogadali się z liberałami i w wyniku nowych wyborów władzę zyskała Partia Pracy. Powstały wówczas rząd był jednak słaby i w końcu 1979 roku w wyniku kolejnych wyborów władzę przejęła Margaret Thatcher.
Dziś podobnie jak w1974 r. zagrożeniem dla kraju jest kryzys. Eksperci są zgodni - z deficytem szacowanym na 178 mld funtów poradzi sobie tylko rząd z silnym poparciem społecznym. Trzy główne partie to wiedzą. David Cameron straszy niezdecydowanych wyborców, że jeśli nie zagłosują na niego, kryzys się pogłębi. Laburzyści przekonują, że nie będą drastycznie cięli wydatków publicznych, lecz wyłożą więcej np. na opiekę zdrowotną.
Liberałowie nie wykluczają koalicji z nikim, stawiają jednak warunki. Po pierwsze, rząd koalicyjny musi zająć się stabilizacją finansów przy założeniu, że nie da się uniknąć cięć i oszczędności w wydatkach. Po drugie, chcą zmiany systemu wyborczego z jednomandatowego na proporcjonalny. Taka zmiana dałaby im o wiele więcej mandatów.
Problemem jest polityka europejska, która dzieli ewentualnych koalicjantów: najbardziej proeuropejskiego z brytyjskich polityków liberała Nicka Clegga i Davida Camerona. Szef konserwatystów ku przerażeniu całej Europy wyprowadził swą partię z europejskiej rodziny chadeków w Parlamencie Europejskim i jeszcze kilka miesięcy temu straszył, że obali traktat lizboński.
Wbrew pozorom porozumienie jest tu możliwe. Zaciekły eurosceptycyzm Camerona to w dużej części
gra wyborcza z tradycyjnym antyeuropejskim elektoratem torysów. Wszyscy spodziewają się, że po ewentualnym przejęciu władzy Cameron przestanie atakować Unię Europejską, zacznie dogadywać się z partnerami. Niedawno zresztą posłał emisariuszy do Brukseli na poufne rozmowy z Komisją Europejską, co wskazywałoby, że chce się dogadać.
Liberałowie czują, że nadchodzi ich wielka godzina, i przedstawiają się jako partia, której wejście do rządu może uratować Wielką Brytanię przed bankructwem. Zajmujący się finansami w liberalnym gabinecie cieni Vince Cable mowi, że dopuszczenie liberałów do władzy może oznaczać "koniec krótkowzrocznej plemiennej polityki partyjnej" nastawionej na dobro partii, a nie kraju. Problem w tym, że dwom dużym partiom trudno się rozstać z monopolem władzy