Sprawa stała się w Szwecji głośna w maju 2009 r., gdy Andrzej Włodarczyk, jeden z polskich pracowników, został zwolniony razem z trzema kolegami po wywiadzie, którego udzielił szwedzkiej gazecie związkowej "Byggnadsarbetaren".
Włodarczyk opowiedział w nim, w jakich warunkach pracowali Polacy, których irlandzka firma Rimec zatrudniła do zbudowania fabryki polietenu w Göteborgu. Po czterech mężczyzn gnieździło się w maleńkich pokoikach, dźwigi na budowie nie były porządnie zespawane, a przez to były niestabilne, dźwigowe liny do podnoszenia rur -przetarte. Na budowie brakowało oznaczeń w językach robotników i w efekcie litewski spawacz udusił się podczas spawania rur.
163 Polaków pracowało tam przez prawie cały rok 2009. Niektórzy podpisywali umowy o pracę tuż przed wylotem, na lotnisku w Krakowie. - Były napisane po angielsku i nie rozumieliśmy ich, ale chodziło o pracę, wiec podpisywaliśmy w ciemno - opowiada "Gazecie" Włodarczyk.
Po wywiadzie dla szwedzkiej gazety Włodarczyk został z dnia na dzień zwolniony. Ale po śmierci Litwina szwedzki związek zawodowy budowlańców Byggnads zażądał zerwania kontraktu z Rimekiem. Stało się to jednak dopiero w grudniu, gdy większość Polaków była już w domach.
Sprawa jednak nie została zamknięta. We wtorek szwedzcy związkowcy złożyli w sądzie pracy pozew o wypłatę 30 mln koron (12 mln zł) odszkodowań dla wykorzystanych Polaków. Pieniądze te mają pokryć niewypłacone nigdy nadgodziny, składki ubezpieczeniowe, mają też być rekompensatą za pracę w fatalnych warunkach.
Pozew udało się złożyć dopiero teraz, bo przedstawiciele firmy Rimec przez długi czas nie spotkali się ze związkowcami, mimo iż byli wielokrotnie oto proszeni. Nie było nawet wiadomo, gdzie przebywają szefowie firmy.
- Ale pojawili się, kiedy wzięliśmy adwokata - mówi "Gazecie" Mikołaj Kosieradzki, polski tłumacz pracujący dla związku zawodowego Byggnads. Rozmowy nie doprowadziły jednak do porozumienia. Rimec broni się, że kontrakty z pracownikami były podpisane według prawa irlandzkiego, a nie szwedzkiego. Firma przedstawiła też zaświadczenia swoich najemnych pracowników z Polski, że podpisywali kontrakty na terenie Norwegii, choć w rzeczywistości wogóle tam nie byli.
W tej sytuacji związki postanowiły odwołać się do sądu. Torbjörn Johansson, sekretarz generalny Byggnads, ma nadzieję, że sprawa zostanie rozpatrzona pomyślnie dla Polaków, jednak w rozmowie z"Gazetą" nie chce spekulować, kiedy mogą oni liczyć na pieniądze.
- Takie przedsiębiorstwa mają nieprzyjemną cechę znikania z rynku lub bankrutowania w odpowiednim momencie. Na szczęście w takich przypadkach prawo nie uwalnia ich od odpowiedzialności - zapewnia Johansson, który miał już wcześniej do czynienia z firmą Rimec. - Trzy czy cztery lata temu też próbowali oszukać Polaka, został potraktowany w straszny sposób, ale wygraliśmy i też dostał rekompensatę - wspomina Johansson.
Do podobnej sprawy doszło w lecie, gdy na tej samej budowie pracowali robotnicy dla firmy Rimec i dla firmy NCC, przy czym ta pierwsza płaciła swoim znaczniej mniej za tę samą pracę. Sąd nakazał Rimecowi uzupełnić wypłaty do poziomu robotników NCC. - Nie ma powodu, żeby w sprawie 163 Polaków sąd miał zdecydować inaczej, ale nie chcę się cieszyć na zapas - mówi Johansson.
Rimec ma przedstawicielstwo w Krakowie. - Nigdy nie słyszeliśmy o tym, by nasi pracownicy w Szwecji byli źle potraktowani. Gdyby tak było, to by się do nas odezwali - usłyszeliśmy w krakowskim przedstawicielstwie firmy, ale po szczegóły zostaliśmy odesłani do centrali Rimecu w Irlandii.
Maciej Zaremba, znany szwedzki dziennikarz polskiego pochodzenia, uważa, że podobne przypadki wykorzystywania naiwności polskich robotników będą się zdarzać coraz rzadziej. - Wprawdzie do Szwecji przyjeżdża coraz więcej pracowników najemnych z Europy Środkowej i Wschodniej, ale są oni coraz bardziej doświadczeni i wyedukowani - mówi.
Źródło: Gazeta Wyborcza