http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Witajcie w świecie cyberpolityki

Andrzej Lubowski
2010-03-15, ostatnia aktualizacja 2010-03-12 19:09

Polityk zdobywa stanowisko wbrew woli własnej partii. Przywódca wielkiego kraju komunikuje się z obywatelami bez pośrednictwa tradycyjnych mediów. Mocarstwo traci wpływy w strategicznym punkcie świata. Przez internet


Fot.Bartosz Bobkowski / AG
Możliwości, które stwarza internet, coraz częściej stają się narzędziami polityki. W roli pioniera wystąpiła Korea Południowa, światowy lider w dostępie do internetu (mają go niemal wszystkie tamtejsze telefony komórkowe) i szybkości przesyłania danych.

Koreańczyk Roh Moo-hyun, kiedyś obrońca praw człowieka, dzięki internetowi w 2003 roku na pięć lat został głową państwa. Trzy lata przed wyborami prezydenckimi stworzył własną stronę internetową i choć w 2000 r. przegrał wybory do parlamentu, to przyciągnął do sieci tysiące ludzi. Powstał sieciowy klub jego zwolenników Nosamo Roho i internetowe pismo "OhmyNews", którego motto brzmi: "Każdy obywatel jest reporterem". "OhmyNews" na żywo transmitowało, za pomocą internetu rzecz jasna, inauguracyjne spotkanie Roh z wyborcami.

Na początku kampanii prezydenckiej 2002 roku, aktywna działalność w sieci przyniosła Roh nominację Partii Demokratycznej Nowego Milenium. Gdy konserwatywna prasa zaczęła go ostro atakować, coraz więcej ludzi w internecie szukało informacji i opinii o nim. W miarę jak nasilały się ataki, strony Roh i jego zwolenników miały coraz więcej odwiedzin. W przedwyborczy wieczór, gdy główny sprzymierzeniec Roh wycofał swe poparcie, sieć zalała lawina analiz tego, co się stało. W dniu głosowania, gdy frekwencja źle rokowała Roh, użytkownicy internetu za pośrednictwem czatów, portali społecznościowych i SMS-ów wzywali masowo znajomych, aby szli do urn. Roh Moo-hyun wygrał, a internet stał się najżywszym forum debaty politycznej w Korei. Koreańscy analitycy nazwali to "zwrotem od polityki partyjnej do polityki obywatelskiej". Główny rywal potraktował internet wyłącznie jako "nową technologię". Dla Roh i jego zwolenników internet stał się instrumentem zmiany praktyki politycznej.

Z internetem wiąże się też radykalna w ostatnich latach zmiana stosunku ludności Korei Południowej do amerykańskiej obecności wojskowej w tym kraju. Niemal połowa młodych mieszkańców kraju - w wieku 18-23 lat - twierdzi, że w przypadku amerykańskiego ataku na Koreę Północną Południe powinno stanąć po stronie Kim Dzong Ila, a nie Waszyngtonu. Nie bez znaczenia dla antyamerykańskich postaw młodzieży był tragiczny wypadek w okolicach strefy zdemilitaryzowanej, jaki wydarzył się w 2002 roku, kiedy to opancerzony pojazd wojsk amerykańskich potrącił i zabił dwie uczennice jadące na rowerze po ciemnej wiejskiej drodze. W wyniku śledztwa przeprowadzonego przez armię USA dwóch żołnierzy kierujących pojazdem uniewinniono. Dzięki internetowi wiadomość o werdykcie błyskawicznie rozeszła się po całym kraju, budząc ogromne oburzenie wśród młodych.

Obama na YouTube

34-letnia Brigitta Ohlsson, od lutego minister ds. europejskich w rządzie Szwecji, swe stanowisko zawdzięcza w dużej mierze internautom, którzy na portalach społecznościowych naciskali na szefa partii i premiera. Początkowo nie dawano jej wielkich szans. Nikt wprawdzie nie kwestionował jej znajomości spraw międzynarodowych, ale uważano ją za polityka zbyt kontrowersyjnego. Znana jest z poglądów nie zawsze zgodnych ze stanowiskiem macierzystej Ludowej Partii Liberałów, która współtworzy centroprawicowy rząd. Na jej niekorzyść zdawało się także to, że była w zaawansowanej ciąży, a szwedzki rząd przed jesiennymi wyborami do parlamentu czeka intensywna praca. Ale gdy przyszło do ostatecznych rozstrzygnięć, Ohlsson dostała silne wsparcie od internautów. Uważają ją za swoją. Posłanka ma profil m.in. w portalu społecznościowym Facebook, prowadzi profesjonalną stronę internetową z blogiem. Zwolenników przysporzyło jej także to, że wbrew stanowisku własnej partii głosowała przeciw tzw. ustawie nasłuchowej, która pozwala szwedzkim służbom specjalnym kontrolować treści w internecie.

W Ameryce, w 2004 roku, Demokrata Howard Dean użył internetu, aby zebrać małe dotacje od setek tysięcy ludzi. Obama poszedł znacznie dalej. Dzięki internetowi nie tylko dotarł do potencjalnych wyborców. Użył go do organizowania społeczności zwolenników i komunikowania się wewnątrz nich. W końcowym rozrachunku kampania Obamy nie różniła się bardzo od kampanii o lokalny urząd. W sieci osiągnął to, co lokalni kandydaci: kontakt "peer to peer" (człowiek z człowiekiem) z wyborcami.

W przeszłości podobnego typu zabiegi wymagałyby armii woluntariuszy i płatnych organizatorów. Kampania Obamy wykorzystała YouTube do bezpłatnej reklamy. Filmy wideo w internecie były bardziej skuteczne niż telewizja, ponieważ ludzie oglądali je wtedy, gdy mieli na to ochotę, albo dlatego, że przysłał je przyjaciel, a nie wtedy, gdy puszczała je stacja telewizyjna, przerywając program, jaki oglądali. Programy przygotowane przez sztab Obamy oglądano na YouTube przez 14,5 mln godzin.

Internet zmienił radykalnie proces weryfikacji faktów. Pozwolił sięgnąć do poprzednich przemówień kandydatów, aby wykazać brak konsekwencji, błąd lub kłamstwo i podzielić się wnioskami z innymi. Na przykład sztab Johna McCaina twierdził, że Sarah Palin była przeciwna budowie głośnego "mostu donikąd" na Alasce. W sieci tak wielu ludzi kwestionowało to twierdzenie, sięgając po dokumenty, że w końcu ludzie McCaina przestali się nim posługiwać. Gdy pastor Jeremiah Wright, długoletni mentor Obamy, użył języka nienawiści rasowej, ludzie po wielekroć odsłuchiwali 37-minutowe przemówienie Obamy na tematy rasowe, w którym zdecydowanie odciął się od Wrighta. Przemówienie relacjonowane tylko w telewizji nigdy nie miałoby tylu widzów. A tak przed wyborami 7 mln ludzi słuchało Obamy na YouTube.

Obama zebrał 600 mln dolarów od ponad 3 mln osób, wiele z nich przekazało dotacje za pośrednictwem sieci. Jego sztab przekonał współtwórcę Facebooka Chrisa Hughesa do budowy portalu społecznościowego myBarackObama.com. W sieci stworzono ponad 35 tysięcy małych społeczności internetowych, które, poza wiarą w kandydata, łączyły albo bliskość geograficzna albo zainteresowania kulturą masową. Starannie zaprojektowano stronę internetową, aby maksymalizować współpracę w grupach. W dniu wyborów proszono woluntariuszy o miliony rozmów telefonicznych, aby zwiększyć frekwencję. W ważnych momentach do ludzi wysyłano SMS-y. Sukces kampanii Obamy to w dużym stopniu historia jego zwolenników, których entuzjazm i kreatywność przejawiała się ogromną gamą stron internetowych i filmików na YouTube.

Internet zmienia także sposób, w jaki prezydent rządzi. Obama komunikuje się ze swymi wyborcami poprzez internet: tłumaczy, zachęca, inspiruje, apeluje o wsparcie.

Pułapki cyberreferendum

Technologia przekazu zawsze miała ogromny wpływ na praktyki i skuteczność polityki. Efektywność retoryki Cycerona zależała od tego, jak liczny tłum słuchaczy zdołali ściągnąć na plac przemowy jego posłańcy. Role SMS czy maila odgrywał niewolnik biegający po mieście i zwołujący ludzi na orację. Reformacja nie zaczęła się wtedy, gdy Marcin Luter ogłosił swe kontrowersyjne tezy, ale wtedy, gdy dzięki postępowi sztuki drukarskiej w miesiąc obiegły one całą Europę.

30 lat temu, w marketingu politycznym Stanów Zjednoczonych pojawiły się masowo listy adresowane do konkretnego odbiorcy, z jego nazwiskiem, z przesłaniem politycznym, i zwykle z prośbą o wsparcie finansowe lub udział w kampanii ("direct mail"). List to instrument znacznie tańszy niż reklama telewizyjna i zwykle skuteczniejszy. W przypadku TV płaci się za każdego, kto potencjalnie gapi się w ekran, niezależnie od tego, czy przysypia, czy jest w łazience, czy podgrzewa w kuchni pizzę. Wprawdzie w przypadku listu politycznego nie ma gwarancji, że adresat nie wrzuci go do kosza, ale poprzez staranną selekcję łatwiej wybrać adresatów, których myślą podobnie jak nadawca. Poza tym trzydziestosekundowy apel telewizyjny niewielu skłoni do wystawienia czeku. Co innego list, czasem długi i szczegółowy. Przesłanie internetowe jest jeszcze tańsze.

Wszystko to nie zmienia oczywiście istoty przekazu. Sztuka perswazji i inspiracji staje się szczególnie ważnym orężem walki politycznej wtedy, gdy technologia masowych mediów pozwala powielać w nieskończoność retorykę skuteczną i wyśmiewać nieskuteczną. Już dawno temu Platon ostrzegał przed niebezpieczeństwem, że perswazja przyćmi wiedzę, a wiarygodność stanie się ważniejsza niż prawda. We wspomnianej Południowej Korei niektórzy analitycy stwierdzili, że centrum siły przesunęło się w krótkim czasie od lufy karabinu (armia), poprzez emocje (TV), do logiki (internet). Ale twierdzenie, że internet oznacza zastąpienie emocji logiką wydaje mi się mocno na wyrost. Internet nie eliminuje na przykład pułapek demagogii. Politolodzy południowo-koreańscy podkreślają, że rośnie w siłę cybergeneracja, która jest nacjonalistyczna, w przeciwieństwie do rodziców popiera pobłażliwość dla Phenianu, nie widzi zagrożenia ze strony Północy, Amerykę zaś postrzega jako wroga.

Pojawienie się internetu, a w szczególności sieci społecznościowych zmieniło natomiast formę komunikacji z modelu "jeden do wielu" na "wielu do wielu". Wraz z coraz powszechniejszym dostępem do internetu i jego szybką adopcją przez młode pokolenia nowego wymiaru nabiera pytanie o to, jak się dziś objawia polityczne zaangażowanie i co znaczy być aktywnym obywatelem.

Mobilizowanie tzw. słabych więzi społecznych wśród znajomych i rodziny za pośrednictwem blogów, maili, SMS-ów staje się efektywnym narzędziem działania grup zdolnych poprzez presję wpływać na politykę. Kto wie, czy internet nie okaże się w przyszłości najbardziej praktycznym narzędziem przejścia od modelu demokracji pośredniej do bezpośredniej, w którym obywatele mogliby podejmować uchwały w formie cyberreferendum. Co niekoniecznie byłoby pożądanym scenariuszem. W Ameryce na przykład, chroniczny dziś kryzys fiskalny Kalifornii, stanu niegdyś mlekiem i miodem płynącego, pokazał niebezpieczeństwa demokracji bezpośredniej.

W 1978 roku antypodatkowy sentyment znalazł swe ujście w inicjatywie ustawodawczej, która w wyniku referendum zmieniła konstytucję stanu. Nie tylko obniżono podatki od nieruchomości, ale wprowadzono zapis, w myśl którego żadnego podatku stanowego nie można podnieść bez zgody dwóch trzecich głosów w obu izbach parlamentu. Tymczasem podatek od nieruchomości to podstawowe źródło dochodów dla rządów lokalnych (gminnych i municypalnych) i główny środek finansowania szkolnictwa. W konsekwencji kalifornijskie szkoły, w latach 60. w czołówce USA, spadły na szary koniec statystyk. Ucierpiały także biblioteki publiczne, straż pożarna, policja. Rządy lokalne stały się bardziej zależne od pomocy rządu stanowego, a ten z kolei od podatku dochodowego, który w czasie recesji gwałtownie się kurczy. Najkrócej rzecz biorąc, stan pozbawił się, arcydemokratyczną drogą, ważnego źródła dochodów. Casus Kalifornia obnażył pułapki demokracji bezpośredniej, która jeszcze bardziej niż demokracja przedstawicielska podatna jest na demagogię, argumenty smakowite, ale nie do końca przemyślane, obietnice bez pokrycia, miraże i domki z piasku.

Choć nie życzę nam przejścia technologiczną ścieżką do demokracji bezpośredniej, jestem przekonany, że również w Polsce wkrótce sieć nabierze wielkiego znaczenia jako narzędzie uprawiania polityki. Już niedługo i nasze wybory wygrywać będą ci, którzy umiejętnie włączą portale społecznościowe do swoich strategii.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':