Marcin Wojciechowski: Ukraina jest pierwszym krajem postsowieckim, który ujawnił komunistyczne archiwa. Dlaczego to zrobił? Wołodymyr Wiatrowycz*: Było to potrzebne już dawno. Po pierwsze, ze względu na rozwój badań historycznych - w tych archiwach jest mnóstwo ciekawych materiałów. Po drugie - z powodów moralnych. Dzięki tym materiałom możemy zbadać naturę zbrodni komunistycznych popełnionych na terenie Ukrainy wobec Ukraińców, Polaków, Żydów, innych narodowości. Ich ujawnienie w zeszłym roku oraz moralne potępienie to najprostszy sposób, żeby się z nimi uporać.
Komunistyczne archiwa zostały otwarte w krajach bałtyckich, Polsce, Czechach, na Węgrzech. Wydaje mi się, że postąpiliśmy słusznie, idąc tą samą drogą. Chodzi o to, żeby zdystansować się od totalitarnej przeszłości.
Czy teraz, przy prezydencie Wiktorze Janukowyczu, archiwa nie zostaną utajnione? - Sądzę, że nie. Społeczeństwo przyzwyczaiło się, że informacje są dostępne. Materiały są odtajnione. Sporo z nich przepisano na nośniki cyfrowe, niektóre dostępne są w internecie. Każda władza powinna rozumieć, że demokratyczna przyszłość Ukrainy będzie możliwa, tylko jeśli odetnie się od totalitarnej przeszłości.
W Polsce kwestia dostępu do komunistycznych archiwów była ściśle powiązana z problemem lustracji. Czy na Ukrainie jest podobnie? Czy dyskutuje się o konieczności przeprowadzenia lustracji? - Nie. Dyskusja o lustracji toczy się tylko w publicystyce, i to raczej jedynie w obrębie Galicji. Żadna z sił politycznych - ani pomarańczowi, ani rzecz jasna niebiescy - nie zgłaszała choćby nawet propozycji ustawy lustracyjnej. W zasadzie nawet nie dyskutowano o jej potrzebie. Nie było i nie ma takiej woli politycznej. A po ostatnich wyborach prezydenckich sądzę, że będzie jej jeszcze mniej.
Jak to wytłumaczyć? - Trudno porównać sytuację w komunistycznej Polsce z komunistyczną Ukrainą czy innymi republikami b. ZSRR. Poziom uczestnictwa w strukturach partyjnych i innych formach współpracy z władzą był u nas znacznie wyższy niż u was. Nasi dysydenci byli w gruncie rzeczy garstką. W Polsce od 1980 r. "Solidarność" była wielkim fenomenem społecznym. U nas członkostwo w partii czy współpraca z tajnymi służbami nie jest tak potępiane jak u was. Dlatego o lustracji dyskutuje się głównie w Galicji, gdzie jednoznacznie czasy radzieckie uznaje się za okupację.
Na jakich warunkach można korzystać z archiwów? - Wystarczy napisać podanie. Rozpatrujemy sprawę w ciągu kilku dni i wyznaczamy termin, bo mamy niezbyt dużą czytelnię i nie wszyscy mogą korzystać ze zbiorów od razu. Jeśli prośba dotyczy materiałów opracowanych cyfrowo, wtedy dostęp jest natychmiastowy. Wystarczy wypełnić ankietę, czym zainteresowany jest dany badacz. W przypadku cudzoziemca trwa to nieco dłużej, do kilku godzin, bo musimy sprawdzić dane chętnego do pracy w naszych archiwach. W końcu jesteśmy archiwum służb specjalnych.
W 2009 r. pracowało u nas bardzo wielu naukowców z zagranicy. Głównie dlatego, że w ostatnich latach stracili dostęp do archiwów rosyjskich. Próbują znaleźć w Kijowie to, czego nie można obecnie znaleźć w Moskwie.
A można znaleźć u was takie unikaty? - Tak, bo z Moskwy trafiały do nas wszystkie instrukcje, rozkazy, rozporządzenia. Można z tego odtworzyć cały schemat funkcjonowania NKWD i KGB. Poza tym w radzieckich służbach istniała zasada podziału terytorialnego, to znaczy, że wszystkie sprawy ukraińskie przechowywano na Ukrainie, nawet jeśli duplikaty wysyłano do Moskwy. Dzięki temu mamy 90 proc. materiałów u siebie. Pod koniec istnienia ZSRR próbowano sporo zniszczyć. Są tego ślady. Nie wiemy, co wywieziono do Moskwy, ale większość materiałów została.
Jakie materiały w kijowskim archiwum Służby Bezpieczeństwa mogą być ciekawe dla polskich uczonych? - Mamy dokumenty o represjach wobec ukraińskich Polaków. W latach 1937/38 toczyła się przeciwko nim największa tzw. narodowa operacja NKWD. Uwięziono, wywieziono do łagrów lub rozstrzelano 150 tys. Polaków wyłącznie za narodowość. Dwutomowe wydanie tych dokumentów ukaże się wkrótce we współpracy z polskim
IPN. Będą tam nazwiska wszystkich straconych.
Mamy sporo danych o represjach wobec Polaków na Kresach po zajęciu ich przez Armię Czerwoną w 1939 r. Przygotowania do ich zajęcia trwały dość długo i nosiły kryptonim "Oczyszczenie". Gdy wojska radzieckie przekroczyły Zbrucz [przedwojenną granicę Polski i ZSRR], to były już gotowe listy osób do wywózki albo aresztowania. Represje dotyczyły głównie policjantów, polityków, działaczy społecznych. Władza radziecka próbowała początkowo flirtować z ludnością ukraińską na tych terenach, ale po rozprawie z Polakami represje szybko dotknęły także Ukraińców.
Na pewno macie ciekawe zbiory o polsko-ukraińskim konflikcie w latach II wojny światowej. - Tak. Chodzi przede wszystkim o starcia między AK i UPA, ale także o moment, gdy te starcia osiągnęły wymiar tragicznej wojny chłopskiej, w której zniszczono polską ludność Wołynia i ukraińską ludność Chełmszczyzny. Potem konflikt przeniósł się do Galicji, gdzie jego apogeum nastąpiło w 1944 r.
Ostatni ciekawy dla Polaków rozdział to deportacje polskiej ludności z Ukrainy w latach 1944-46. W dużej mierze opublikowaliśmy już te materiały.