A ja podejrzewam, że
PiS zazdrości Donaldowi Tuskowi pomysłu. Oto opinia publiczna skoncentrowała się na dwóch kandydatach Platformy, bo rywalizacja między nimi stała się ostrzejsza niż można się było spodziewać. Emocje rosną: wygra Sikorski czy Komorowski? A przez to pozostali pretendenci do pałacu prezydenckiego zostali zepchnięci na margines.
Zgodnie z prawem politycy mają prawo prowadzić kampanię po zarejestrowaniu swojego komitetu wyborczego i dopiero wtedy zbierać wyborcze fundusze. Ta reguła miała zapobiec takim przypadkom, że np. bardzo zamożny kandydat porozwieszał swoje billboardy po całym mieście, zanim zarejestrował się w PKW. Albo wykupił dla siebie czas antenowy w telewizji. Dzięki temu nie wpisywał części wydatków do sprawozdania finansowego komitetu, bo te pieniądze wydał zanim ów komitet powstał. Był to pomysł na ominięcie przepisu o limicie wydatków na kampanię.
Prawybory to zupełnie inna historia. Członkowie partii wybierają swojego kandydata, ale chętni do tego miana żadnych billboardów nie rozwieszają, ani czasu reklamowego nie kupują. Gdyby PKW uznała prawybory za naruszenie ordynacji, to tak samo należałoby oskarżyć o łamanie prawa Andrzeja Olechowskiego i Jerzego Szmajdzińskiego, bo spotykają się z ludźmi w całym kraju. Za kampanię trzeba by było wtedy uznać pochwały pod adresem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wypowiadane na niedawnym kongresie PiS.
Przy takiej interpretacji przepisów trzeba by uznać, że poza kampaniami politycy nie powinni rozmawiać ze swoim aparatem partyjnym czy wyborcami. Byłby to absurd.
I cóż można w takim razie poradzić konkurentom PO? Zorganizujcie własne prawybory. PiS co prawda nie może tego zrobić, bo byłoby dziwne, gdyby postawiono na innego kandydata niż urzędujący prezydent. Ale za to
Lech Kaczyński - jak nikt inny - może przyciągać uwagę mediów. W końcu jest głową państwa. Szanse są więc wyrównane.