Plakaty pojawiły się kilka dni temu na łódzkich wiatach przystankowych. Nawiązują do reklamy Mastercard. Młoda kobieta na brzuchu ma napis "Mój wybór", a obok informacje m.in. o tym, że bilet lotniczy w obie strony do Anglii kosztuje 300 zł, aborcja w publicznej przychodni - 0 złotych, za to ulga po zabiegu przeprowadzonym w godnych warunkach jest "bezcenna". Pod publikacją podpisała się anonimowa grupa SROM (Separatystyczne Rewolucyjne Oddziały Maciczne).
Łódzkie MZK plakaty zerwało, bo - jak mówią przedstawiciele spółki - na wiatach powieszono je bez jej zgody.
Katolicki Klub im. św. Wojciecha (przy łódzkim kościele pod tym samym wezwaniem) złożył w prokuraturze doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa (chodzi o namawianie do aborcji - grozi za to do trzech lat więzienia).
Prokuratura sprawę wyjaśnia z urzędu.
- Skoro prokuratura chce walczyć z grupami popierającymi prawo do aborcji, to my przyznajemy, że też jesteśmy winni tej myślozbrodni - mówił wczoraj pod łódzką prokuraturą Jakub Klimczak z młodzieżówki socjalistycznej. - Ja wrzuciłam plakat do internetu - mówiła Judyta Śmiałek z feministycznej Nieformalnej Grupy "Łódź Gender".
Przynieśli ze sobą doniesienia: "Niniejszym przyznajemy się do winy: żądamy zmiany ustawy antyaborcyjnej, jesteśmy zwolennikami przywrócenia kobietom prawa do decydowania o własnym ciele" - napisali.
Uczestnicy happeningu podkreślali, że nie zgadzają się z działaniem łódzkiej prokuratury. Wmaszerowali z doniesieniami do jej siedziby ze szczoteczkami do zębów. - Kto wie, może od razu nas aresztują - ironizował Klimczak.
Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej: - Dostaliśmy trzy pisma. Mamy miesiąc, aby się do nich ustosunkować. Nie będę wchodził w polemikę w organizatorami happeningu. Dodam tylko, że niczego nie przesądzamy. Badamy tylko, czy są w ogóle podstawy do wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.
Źródło: Gazeta Wyborcza