Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Justyna, ok. trzydziestki, prowadzi ze wspólnikiem sklep monopolowy. W styczniu się pokłócili. Justyna poprosiła wspólnika o zwrot komórki. Ociągał się, więc poszła do jego domu. - Był pijany, uderzył mnie w twarz i podbił oko - opowiada. Ma obdukcję lekarską. Pobicia nie zdążyła zgłosić, bo sama trafiła za kratki.
Gdy wieczorem znów poszła do wspólnika (omówić z nim ceny w sklepie), nie otworzył jej drzwi, tylko wezwał policję. Powiedział, że pod blokiem awanturuje się złodziejka, która ukradła mu telefon i motocyklowy kask. Po przyjeździe
policjant zakuł Justynę w kajdanki i zawiózł na komendę. Tam dowiedziała się, że wspólnik oskarżył ją o kradzież. Tłumaczyła, że kask i komórka są jej własnością. - Mówiłam, że mam w domu paragon, gwarancje. Mogę pokazać. Policjant nie chciał słuchać - opowiada
Próbowała także pokazać SMS-a od wspólnika, w którym prosi ją o pożyczenie telefonu. Ale i to nie odniosło skutku. Nie pomogło nawet, jak pokazała zwolnienie lekarskie wystawione rano. - Poprosiłam, żebyśmy chociaż podjechali do domu po lekarstwa. Ale policjant rozkazał: "na dołek".
Justynę zawieziono do oddalonego o 45 km Żagania, bo zielonogórski areszt jest w remoncie. Rano policjanci z nowej zmiany od razu ją wypuścili.
Małgorzata Stanisławska, rzeczniczka zielonogórskiego komendanta Mariusza Jankowskiego, przyznaje, że kobietę zatrzymano niesłusznie. Zawinił dyżurny, który pochopnie podjął taką decyzję. Policjant wykonywał tylko jego polecenia. Wobec dyżurnego mają być wyciągnięte konsekwencje. Komendant przeprosił Justynę w specjalnym liście.
Mimo to złożyła ona zażalenie na bezzasadne zatrzymanie i 18 lutego sąd przyznał jej rację. - Bulwersujące jest to, że pobitą, chorą i niewinną dziewczynę potraktowano jak pospolitego bandytę - mówi mecenas Sebastian Kordel, który w imieniu Justyny będzie domagał się od policji zadośćuczynienia.