Chorąży Stefan Zielonka zniknął 11 miesięcy temu. Wyszedł ze swojego
mieszkania na warszawskim Gocławiu drugiego dnia świąt wielkanocnych. Nikomu nie powiedział, gdzie idzie. Sprawę opisał "Dziennik". Okazało się, że przez dwa tygodnie wywiad nie interesował się losami szyfranta, bo sądzono, że jest na zwolnieniu lekarskim. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu.
SWW od początku bagatelizowało sprawę, twierdząc, że Zielonka nie pełnił ważnych funkcji, a jego rola polegała na przekazywaniu części depesz, których całości nie znał. Odrzucano tezę, że mógł zostać zwerbowany przez obcy wywiad i uciec z obawy przed dekonspiracją i skłaniano się ku wersji zniknięcia lub samobójstwa z powodów osobistych.
Wczoraj wojskowa prokuratura okręgowa ogłosiła, że stawia chorążemu zarzut dezercji, czyli "trwałego uchylenia się od służby wojskowej przez opuszczenie jednostki lub wyznaczonego miejsca przebywania lub pozostawania w takim celu poza nimi" (grozi za to od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia). Czy potwierdza to hipotezę o współpracy z obcym wywiadem? - Gdyby tak było, dostałby zarzut szpiegowski - twierdzi nasz informator z SWW. Płk Ireneusz Szeląg, wiceszef wojskowej prokuratury, mówi tylko, że "zgromadzono dowody pozwalające postawić taki właśnie zarzut". Szczegółów nie podaje. - Nie rezygnujemy z badania żadnej z wersji przyjętej na początku śledztwa - podkreśla, dodając, że formalnie śledztwo będzie musiało zostać zawieszone "ze względu na niemożność przesłuchania podejrzanego".