Samo pojawienie się w kontrolowanym przez reżim eterze takiej piosenki świadczy, że Baćce, czyli Dobremu Ojcu, najwyraźniej nie wystarcza już bycie tylko przywódcą politycznym. W ciągu ostatnich lat dyktator stał się też największym białoruskim celebrytą: jeździ na nartach,
gra w hokeja, gości na koncertach muzyki pop czy konkursach piękności. Obszerne relacje z tych wydarzeń pokazują wszystkie kanały telewizyjne i zamieszczają rządowe gazety.
Także życie osobiste 56-letniego Łukaszenki jest tym, o czym Białorusini chętnie rozmawiają przy kieliszku. Sam dyktator daje ku temu powody, gdy nawet w oficjalne zagraniczne wizyty zabiera sześcioletniego nieślubnego syna Kolę. Jego matką jest osobista lekarka prezydenta.
Niezliczone są też plotki o związkach Łukaszenki ze znanymi piosenkarkami i prezenterkami telewizyjnymi. Wszyscy na Białorusi wiedzą, że żona dyktatora Galina od lat nie żyje z mężem. Mieszka w Szkłowie, gdzie kieruje powiatowym wydziałem spraw socjalnych. Niedawno dostała od rządu dyplom za wzorową pracę. Dwaj synowie z tego małżeństwa pracują w Mińsku - Wiktor jest doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa, a Dmitrij szefem prezydenckiego klubu sportowego.
Tabloidyzacja wizerunku to być może odpowiedź prezydenta i jego otoczenia na znudzenie Białorusinów człowiekiem, który już od 15 lat rządzi krajem. Dziś Łukaszenka jest wszechobecny - od tego, co dzisiaj zrobił dla narodu, zaczynają się zazwyczaj programy informacyjne. W gabinecie każdego urzędnika czy szefa państwowej firmy, dyrektora szkoły czy dowódcy komisariatu portret białoruskiego wodza wisi w najbardziej widocznym miejscu. Każdy petent od razu wie, od kogo zależy pozytywne rozpatrzenie każdej jego prośby.
Niedoceniony zwycięzca Kiedy w 1994 r. dyrektor upadającego sowchozu "Garadziec" został wybrany na prezydenta Białorusi, przegrani konkurenci z demokratycznych partii dawali mu rok, najwyżej dwa na przetrwanie jako głowa państwa. Z powodu braku profesjonalizmu nowego przywódcy miało nastąpić załamanie się gospodarki i sromotna dymisja Łukaszenki.
Dziś nawet jego najwięksi przeciwnicy przyznają, że jest on nadzwyczaj sprawnym i wytrwałym politycznym graczem, a zwykli Białorusini są przekonani, że Łukaszenka zawsze zwycięża i zawsze stawia na swoim. Odniósł pełne zwycięstwo nad politycznymi przeciwnikami, których z pomocą resortów siłowych, nachalnej propagandy i fałszerstw wyborczych totalnie zmarginalizował. Potrafił przy tym zbudować sprawny i w całości kontrolowany przez siebie system władzy. Jego sercem jest jednak nie rząd, tylko rozbudowany do monstrualnych rozmiarów superrząd - Administracja Prezydenta.
- To właśnie tam podejmowane są wszystkie najważniejsze decyzje, a wszystkie rozporządzenia rządu są uzgadniane z Administracją Prezydenta - mówi Aleksander Wajtowicz, były przewodniczący Rady Republiki, wyższej izby białoruskiego parlamentu.
Administracja Prezydenta prowadzi niezwykle ważny rejestr kadrowy i zatwierdza kandydatów na wszystkie urzędy państwowe. Ma również ważne funkcje kontrolne - sprawdza, jak rozporządzenia Łukaszenki wykonywane są przez poszczególne organy władzy.
Kolejnym ważnym elementem systemu jest totalna kontrola wszystkich przez wszystkich. MSW, KGB, Służba Bezpieczeństwa prezydenta, Komitet Kontroli Państwowej, a od niedawna także Operacyjno-Analityczne Centrum przy prezydencie - najnowsza służba specjalna - wciąż sprawdzają siebie nawzajem, walcząc o względy prezydenta.
- Łukaszenka pełni funkcję arbitra, który rozstrzyga sprzeczki i decyduje, kto ma rację, a kogo należy ukarać. Nikt z jego otoczenia nie odważy się prowadzić samodzielnej polityki - tłumaczy Alaksej Janukiewicz, lider opozycyjnej partii Białoruski Front Narodowy (BNF).
Zero tolerancji dla inności Białoruś pojawia się w zachodnich mediach zazwyczaj przy okazji brutalnego rozpędzania coraz mniej licznych demonstracji opozycji czy dławienia resztek niezależnej prasy. Zachód oburza się na nieproporcjonalność używanej przez władze przemocy w stosunku do zagrożenia, jakie dla reżimu mają podzielona opozycja, niskonakładowe gazety czy organizacje pozarządowe.
- Łukaszenka pamięta, jak z powodu pierestrojki runął Związek Sowiecki. Wszystko zaczęło się od wolności słowa, a dalej poszła lawina, której nie dało się zatrzymać. Woli więc dmuchać na zimne - opowiada białoruski politolog Walery Karbalewicz.
W warunkach, kiedy najmniejszy protest dławiony jest z całą bezwzględnością, Białorusini szybko przyzwyczaili się do faktu, że Łukaszenka jest największym autorytetem we wszystkich dziedzinach życia. Poucza, jak mają pracować ministrowie, kołchoźnicy, artyści, pisarze, lekarze, a nawet kapłani. Poucza, bo dyskusji nie lubi - szczególnie od 1996 r., kiedy rozpędził nieposłuszny sobie parlament i zmienił konstytucję, udzielając sobie dyktatorskich pełnomocnictw.
Strategię Łukaszenki wobec społeczeństwa można określić tak: "zero tolerancji dla niekontrolowanej aktywności". - Niezależnie od tego, czy jest to gazeta, portal internetowy, czy organizacja społeczna, wszystko musi działać pod kontrolą władz - mówi niezależny białoruski publicysta Jurij Humieniuk. A kto nie chce się z tym pogodzić, ściąga na siebie problemy. Musi być przygotowany, że może zostać aresztowany i że wraz ze swoimi bliskimi straci pracę. I to właśnie pozbawianie środków do życia, a nie areszty, jest najbardziej dotkliwym narzędziem w rękach Łukaszenki.
Marchewka dla wiernych Dla obywateli Łukaszenka ma nie tylko kij. Luksusowe wille można dziś zobaczyć na obrzeżach każdego z większych miast, Białorusinów można spotkać w najlepszych kurortach świata i na najbardziej prestiżowych zachodnich uczelniach. Nawet z pensji ministra, a urzędnicy państwowi należą do kategorii ludzi z największymi zarobkami, nie można jednak zapewnić sobie i rodzinie luksusowego poziomu życia.
Któż jest więc właścicielem tych willi i kto wysyła dzieci na zachodnie uczelnie? Wyłącznie ludzie reżimu: urzędnicy i ich dzieci, oficerowie służb specjalnych, koncesjonowani przez otoczenie Łukaszenki biznesmeni. Skąd mają na to wszystko pieniądze? Odpowiedź jest prosta - z korupcji, nadużyć finansowych, kradzieży z wykorzystaniem stanowiska...
Łukaszenka doskonale o tym wie. - Co, do więzienia wam się zachciało? To ja to wam zorganizuję - takie słowa często padają z ust prezydenta na naradach z rządem, które są transmitowane przez państwową telewizję.
Areszty następują tylko wtedy, gdy skorumpowany urzędnik zostanie uznany za nielojalnego bądź w inny sposób podpadnie Łukaszence. Właśnie wtedy zwykli obywatele ze zdziwieniem dowiadują się, że willa prokuratora obwodu mińskiego została wyceniona na 1,5 mln dol. albo że jeden z twórców prołukaszenkowskiej organizacji Biała Ruś zapłacił ponad 31 mln dol. za umorzenie postępowania karnego.
Białoruski dyktator od niedawna może bowiem ułaskawić każdego przestępcę jeszcze przed wyrokiem sądu - potrzebna jest tylko skrucha i wyrównanie krzywd. - Zawsze mówię przedsiębiorcom: Jak coś ukradłeś, to musisz zwrócić. Jak nie, pójdziesz do więzienia - oświadczył Łukaszenka na jednej z konferencji prasowych.
Jeżeli jednak urzędnik jest lojalny wobec dyktatora i jest gotów wykonać każde jego polecenie, kupowanie wolności nie będzie potrzebne. Trzymając umoczonych w korupcję ludzi na odpowiedzialnych stanowiskach, Łukaszenka wie, że ktoś taki zawsze będzie mu posłuszny.
Ile to jeszcze potrwa? Na razie Białorusini są pokorni, a rządy Łukaszenki - niezagrożone. - Kiedy to się w końcu skończy? - takie westchnienia na pogrążonej w gospodarczej zapaści Białorusi słychać jednak coraz częściej.
Bo właśnie przestarzała i nieefektywna gospodarka jest teraz największym wrogiem Łukaszenki. Nie zważając na optymistyczne wypowiedzi dyktatora o tym, że nie ma kryzysu, w ciągu ostatnich miesięcy sytuacja gospodarcza wyraźnie się pogorszyła. Państwowe zakłady pracują po trzy dni w tygodniu, ich magazyny są nabite po dach gotowymi produktami, dostarczająca ropę i gaz
Rosja coraz bardziej naciska na prywatyzację przez rosyjski biznes najważniejszych gałęzi przemysłu, kurczą się i tak niewielkie pensje (średni zarobek to w przeliczeniu ok. 500 zł).
Przyszłoroczne wybory prezydenckie do zmian raczej jednak nie doprowadzą. Głosowania od lat są fałszowane, a bombardowani propagandą Białorusini wciąż najbardziej wierzą Łukaszence (ma ponad 40-proc. poparcie). Większość woli nie zadzierać z wszechmocnym dyktatorem.
- Jestem przekonany, że wcześniej czy później problemy gospodarcze doprowadzą do tego, że Białorusinom skończy się cierpliwość - mówi Humieniuk. - Kiedy to będzie? Jeszcze rok lub dwa obecny system przetrwa, ale później muszą nastąpić zmiany - dodaje Janukiewicz.