Adam Czerwiński: Gdy umawialiśmy się na rozmowę, zaznaczył pan, żebym zadzwonił punkt piętnasta. A jeśli pan nie odbierze, mam dzwonić dokładnie trzy minuty później. O co chodzi?
Adam Szeląg: - Od 15 do 15.15 mam przerwę. Jeśli ostatnia wizyta się przeciągnie minutę-dwie, to nie odbiorę telefonu. Ale o 15.03 w gabinecie na pewno jestem już sam i mogę panu poświęcić 10-12 minut. Nie więcej, bo o 15.15 muszę przyjąć kolejną pacjentkę.
Nie może poczekać?
- Nie, bo na wizytę u mnie czekała już kilka tygodni. Poza tym na popołudnie mam jeszcze zapisane kolejne pacjentki. Każdą co 20 minut. Dlatego jeżeli jest umówiona na 15.15, to muszę ją przyjąć nie później niż o 15.17.
Co się stanie, jeśli pacjentka poczeka parę minut dłużej?
- Pokażę, że ją lekceważę. Jeżeli się spóźnię pięć minut, to muszę przeprosić. To oczywiste.
W Polskich przychodniach nie takie oczywiste.
- W Szwecji nie do pomyślenia. Bo co obchodzi pacjentkę, że jej poprzedniczkę badałem pięć minut dłużej? A jeżeli na umówioną wizytę spóźnię się 30 minut, to pacjentka musi być przyjęta za darmo - tak mówi szwedzkie prawo. Tracę 300 koron. Tracę 300 koron od pacjentki i wszystkich kolejnych tego dnia i dobre opinię przychodni, gdzie pacjentki są zawsze przyjmowane punktualnie.
A co pan zrobi, jeśli pacjentka będzie nalegać, żeby przyjął ją pan bez kolejki?
- Jeśli sprawa jest poważna, zrezygnuję z kawy albo zostanę pół godziny dłużej w pracy.
Co musi się stać, żeby zrezygnował pan z kawy?
- Musi przyjść kobieta z silnym krwawieniem. Wiem, że jeśli pojedzie do kliniki ginekologicznej w publicznym szpitalu, może poczekać nawet 10 godzin na przyjęcie. Nie odeślę też pacjentki z zapaleniem dróg moczowych, wiem, jak to boli.
Pana rodzina chyba ma przechlapane?
- Troszeczkę życie rodzinne na mojej pracy cierpi. Żona też jest lekarzem i dużo pracuje. Kiedyś nasza córka ze łzami w oczach zaczęła opowiadać, jaka jest samotna i nieszczęśliwa. Bo z przedszkola zawsze wychodziła ostatnia, ze szkoły też. Nie to co dzieci, które mają bezrobotnych rodziców na zasiłku socjalnym. Te mają fajnie, a u nas w domu rodzice tylko pracą się zajmują. To niezupełnie była prawda, bo poświęcaliśmy córce dużo czasu. Ale rzeczywiście nie można sobie pozwolić na idealne życie rodzinne i jednocześnie oczekiwać, że będę przez pacjentki doceniony.
Szwedki pana doceniły. Wygrał pan plebiscyt na najpopularniejszego lekarza w tym kraju. Jak to się robi?
- Trzeba znać się na swojej robocie, mieć empatyczne podejście do pacjenta. Mnie jest łatwiej, bo pracuję w swojej prywatnej poradni i z wieloma pacjentkami udaje mi się nawiazać bliższy kontakt. W państwowych instytucjach to niemożliwe, bo lekarze ciągle się zmieniają.
Prosił pan, żeby głosowały?
- Nie. Wystarczyło, że w poczekalni powiesiłem dyplom z ubiegłorocznego plebiscytu. Wtedy zająłem szóste miejsce. Pacjentki czytały, gratulowały mi i później znów głosowały.
Wypromował się pan.
- To była absolutnie bierna reklama. Powiesiłem tylko kolejny dyplom.
Źródło: Gazeta Wyborcza