Bogdan Z., biegły, który identyfikował ciało Krzysztofa jesienią 2006 r. w laboratorium kryminalistycznym Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie, jest podejrzany o sfałszowanie opinii.
A śmierć Wojciecha Franiewskiego, herszta gangu, który zlecił porwanie i zabójstwo Krzysztofa, będzie badana jeszcze raz. Bo są wątpliwości, czy było to zwykłe samobójstwo w celi. To najważniejsze informacje w sprawie Olewnika, która - jak mówił wczoraj minister prokurator generalny Krzysztof Kwiatkowski - "kładzie się cieniem na polskim wymiarze sprawiedliwości".
Nadzieje upadły Od dwóch tygodni z nieoficjalnych źródeł płynęła wiadomość, że mężczyzna ekshumowany z grobu Krzysztofa 26 stycznia to Krzysztof. Oficjalne potwierdzenie przyszło wczoraj. Pierwsza - jak być powinno - treść opinii z badań DNA poznała w południe rodzina - ojciec i siostra zamordowanego.
- Już chyba wszystkie nadzieje upadły. Chyba czas, by się z tym pogodzić - mówiła potem siostra Krzysztofa Danuta Olewnik-Cieplińska.
A ojciec Włodzimierz Olewnik dodawał z głębokim smutkiem: - Jedno jest pewne, jeden etap za nami.
- Potraktujmy ten dowód, jako ekstremalnie mocny, ostateczny - mówił o ekspertyzie DNA zastępca szefa Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku Zbigniew Niemczyk. Prawdopodobieństwo powtórzenia się takiego samego profilu genetycznego u innej osoby jest jak 1 do 187 bilionów, wielokrotnie przekracza populację Ziemian.
Procent pewności Badanie - w zakładzie medycyny sądowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego - wykonał prof. Ryszard Pawłowski nazywany "detektywem genetyki". Osobiście zapoznał rodzinę z wynikami. - Ujęła mnie jego skromność, naturalność, ciepło - powiedział nam Włodzimierz Olewnik.
A były to jedne z najbardziej skomplikowanych badań w historii polskiej genetyki. Profesor miał włos Krzysztofa, na podstawie którego jego "genetyczny odcisk palca" już w 2005 r. opracował krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych. Jeszcze raz go zbadał. Profil DNA określił też na podstawie zachowanych próbek wykorzystanych do badań w Olsztynie w 2006 r. Ponadto wyizolował DNA z trzech kości i zębów z ekshumowanego ciała.
Porównał te profile DNA z zapisem genetycznym rodziców Krzysztofa, określając zgodność na 99 proc. i dziewięć dziewiątek po przecinku. Dla pewności przebadał jeszcze tzw. mitochondrialne DNA w linii matczynej i osobno w linii męskiej, też uzyskując potwierdzenie, że ekshumowany został Krzysztof.
- Czy ma pan 100 proc. pewności? - pytali jednak dziennikarze. Profesor cierpliwie wyjaśniał, że 100 proc. zgodności w badaniu identyfikacyjnym nauka osiągnąć nie może. Można - jak w tej sprawie - mówić o "prawdopodobieństwie graniczącym z pewnością".
Identyfikacja Krzysztofa zamyka największą wątpliwość, jaka pojawiła się w śledztwie po śledztwie wyjaśniającym błędy popełnione przez policję i prokuraturę po porwaniu Krzysztofa. Gdyby to nie był Krzysztof, wszystko, co wiedzieliśmy dotąd, zostałoby postawione na głowie. Trzeba by wznowić śledztwo o porwanie i zabójstwo, unieważnić zapadły wyrok. Tak się nie stanie.
Czy ekshumacja była konieczna? I prok. Niemczyk nadzorujący śledztwo po śledztwie, i rodzina zapewnili wczoraj raz jeszcze, że tak.
Danuta Olewnik: - Jak najbardziej musiało do tego dojść.
Prok. Niemczyk: - Decyzja była trudna. Ale rodzina musiała mieć pewność, że pochowała syna i brata.
Zarzut dla biegłego A tej pewności nie było z powodu wątpliwości i nieprawidłowości popełnionych podczas identyfikacji zwłok w 2006 r. Przypomnijmy - Bogdan Z., medyk sądowy z policyjnego laboratorium w Olsztynie, w ciągu niespełna doby zidentyfikował wtedy ciało Krzysztofa. Okazało się, że: - nie było protokołu pobrania kości do badań; - kości wyjęte z ciała ofiary po badaniu zginęły; - i, co najważniejsze - opinia została sfałszowana.
- Z przeszukania laboratorium i zapisu elektronicznego badań wynika, że materiał pobrany z kości ramieniowej po przebadaniu wykazał niezgodność z profilem genetycznym Krzysztofa Olewnika (prawdopodobnie na skutek naniesienia obcego DNA). Fakt, że wyniki były różne, w opinii został zatajony! - ujawnił wczoraj prok. Niemczyk.
W poniedziałek Bogdanowi Z. prokurator postawił zarzut sfałszowania opinii oraz niedopełnienia obowiązków (grozi za to do trzech lat więzienia). Bogdan Z. został zawieszony jako funkcjonariusz policji, prokuratura nakazała mu też powstrzymanie się od wykonywania opinii.
Niemczyk nie podał motywu działań biegłego, ale zapowiedział, że czas przyjdzie także na ocenę "odpowiedzialności innych osób". Chodzić może o kierownika laboratorium oraz prokuratorów z Olsztyna, którzy autoryzowali wynik badań w 2006 r.
Dług Franiewskiego Śledztwo w sprawie błędów w śledztwie przedłużone jest do czerwca 2010 r. Wątpliwości - kto zlecił porwanie i zabójstwo Krzysztofa - jest coraz więcej. Może coś się wyjaśni po nowym, trzecim już śledztwie po śledztwie. Minister prokurator generalny polecił wczoraj otworzyć na nowo sprawę okoliczności śmierci Franiewskiego, herszta bandy.
- Uważaliśmy i uważamy, że nad Franiewskim ktoś był, że działał na zlecenie grupy przestępczej - mówi nam mec. Ireneusz Wilk, pełnomocnik rodziny. - A wątpliwości przybyło po ekspertyzie dla sejmowej komisji śledczej.
Ekspert - pisaliśmy o tym w sobotę - postawił tezę: samobójcza śmierć Franiewskiego w 2008 r. w celi Aresztu Śledczego w Olsztynie jest dyskusyjna.
W chwili śmierci Franiewski miał we krwi śladowe ilości pochodnych amfetaminy (0,035 mikrograma) i 0,4 promila alkoholu. Skąd? Z
CBŚ, gdzie był przesłuchiwany? Prokuratura na podstawie czasu rozkładu tych substancji w organizmie zakłada, że raczej miał do nich dostęp za murami. Franiewski skarżył się administracji aresztu: "Mogą mi być podawane jakieś narkotyki".
Biegły wykrył też, że po odkryciu próby samobójczej Franiewskiego dowódca zmiany przerwał reanimację, by po 20 minutach ją wznowić. Skąd ta przerwa? Inna wątpliwość dotyczyła relacji Franiewskiego z oddziałowym, który dwa lata później sam się powiesił.
A jeśli to nie było zwykłe samobójstwo? Zapytaliśmy mec. Wilka, która wersja jest mu bliższa: ktoś kazał się Franiewskiemu powiesić czy ktoś to wręcz zrobił? - Ta pierwsza - odparł. Już dwa lata temu prof. Andrzej Rzepliński, kryminolog, który interesował się sprawą Olewników i Franiewskim, mówił nam: - To mogło być samobójstwo, ale takie jak w Kenii czy Tanzanii, gdzie czarownik mówi: masz umrzeć. I człowiek umiera.
Zaskakująco współbrzmi to z oceną eksperta komisji śledczej. Napisał, że Franiewski miał dług wobec przestępczego świata. Dług, który musiał spłacić. Życiem?