Samotny chłopak w jaskrawożółtej koszulce przeciwko ustawionemu w tle szpalerowi ukrytych za tarczami ponurych zomowców. Tym razem jednak nie chodzi o kolejną demonstrację pod hasłem "Solidarności". Nie zgadza się jeden szczegół. Chłopak bierze zamach i faktycznie wygląda, jakby chciał stawić opór zbrojnemu ramieniu komunistycznej władzy. Ale w ręku nie trzyma wyrwanego z bruku kamienia czy fragmentu roztrzaskanej płyty chodnikowej - typowej broni ulicznych demonstrantów - lecz elektryczną gitarę.
Plakat do "Beats Of Freedom" nie pozostawia żadnych wątpliwości. A jeśli nawet - rozwiewa je promujący film trailer. "Pozbawieni złudzeń... Zniewoleni... Niepokorni... Stworzyli własny świat" - głoszą hasła rozdzielające ujęcia gwiazd muzyki sprzed lat. "Jak obalić reżim totalitarny przy użyciu wzmacniaczy domowej roboty" - stawia kropkę nad i pojawiający się w zapowiedzi dopisek do właściwego tytułu dokumentu. Leszek Gnoiński i Wojciech Słota - współautorzy "Beats Of Free-dom" - nie nakręcili zwykłego dokumentu o polskiej muzyce młodzieżowej. To bardziej wyprawa przez kilka dekad naszej historii widzianej przez pryzmat popkultury, która nieustannie - zwłaszcza gdy obierała kurs na alternatywę i próbowała w totalitarnej rzeczywistości wyrąbać sobie odrobinę wolności - w mniejszym lub większym stopniu splatała się z polityką.
Anglik w Polsce Przez tę opowieść prowadzi nas Chris Salewicz. Człowiek, który muzyką rockową zajmuje się zawodowo od lat 70. Jest brytyjskim dziennikarzem muzycznym, na przełomie lat 70. i 80. pracował w słynnym magazynie "New Musical Express", na bieżąco obserwował eksplozję punk rocka, przeprowadził mnóstwo wywiadów z gwiazdami tego gatunku, do dziś współpracuje z wyspiarską prasą muzyczną, jest też autorem kilkunastu książek, w tym biografii Stonesów, Boba Marleya i Joe Strummera.
Teraz Chris znów ma okazję spojrzeć głębiej w historię rock'n'rolla. Jednak nie tę, którą dobrze zna. Co prawda ma polskie korzenie, ale o naszym kraju i jego popkulturze nie wie zbyt wiele. Nagle wrzucony zostaje w zupełnie nową, obcą rzeczywistość.
Świetny pomysł. PRL-owska rzeczywistość nawet dla tych, którzy wciąż ją dobrze pamiętają, oglądana oczami brytyjskiego dziennikarza nabiera nowego wymiaru. Razem z Salewiczem musimy ją sobie opowiedzieć od nowa, znaleźć w niej jakieś punkty odniesienia. Symbolem tego przeskoku są pierwsze sceny "Beats Of Free-dom". Chris wsiada do londyńskiego metra. Niespodziewanie - i nieomal niezauważalnie dla widzów - londyńskie tube zamienia się nagle w warszawską kolejkę gdzieś między Kabatami a Młocinami. Chris wysiada na stacji Centrum i wychodzi na powierzchnię, gdzie wita go przytłaczający widok Pałacu Kultury.
Czy można wyobrazić sobie lepszy punkt orientacyjny? I to nie tylko w miejskiej topografii. Sterczący w centrum Warszawy budynek to przecież także symbol historii Polski. Ale także świadek wielu ważnych wydarzeń w naszej pop-kulturze. Uważany za przełomowy, zapisany legendą w świadomości całego pokolenia występ Stonesów? Sala Kongresowa w Pałacu Kultury. Międzynarodowy zlot młodzieży socjalistycznej, na którym nie chciał wystąpić zespół Maanam, za co piosenki grupy zniknęły z radiowej anteny? Ta sama Sala Kongresowa. Punkowe piosenki obśmiewające symbol komunizmu - rzecz jasna znów Pałac Kultury.
Mamy dość Takich efektownych scen jest w "Beats Of Freedom" więcej. Salewicz równolegle przygląda się polskiej historii najnowszej i muzyce rockowej. Osią filmu są jego rozmowy z muzykiem Tomkiem Lipińskim, fotografem Mirosławem Makowskim i menedżerem Piotrem Nagłowskim. Ich narracje obudowują wypowiedzi innych, tym razem przepytywanych już przez Gnoińskiego i Słotę bohaterów naszej popkultury. W "Beats Of Freedom" głos zabierają Kora, Marek Niedźwiecki, Krzysztof Skiba, Kazik Staszewski, Muniek Staszczyk,
Jurek Owsiak. To, co najważniejsze, dzieje się jednak w samym obrazie, a nie w wypowiedziach zaproszonych przed kamerę gości. Z zakamarków archiwów, studiów filmowych i prywatnych zbiorów autorom udało się powyciągać mnóstwo materiału dokumentalnego. Niektóre z nich rzadko przypominane, inne zupełnie nieznane, razem układają się w dynamiczny obraz kilku dekad polskiego rocka. Czy nie ma czegoś symbolicznego w dwóch pojawiających się w tym filmie zdjęciach - najpierw fotki dwóch hipisów z wypisanymi na kurtkach hasłami "Memento mori" oraz "Miłość zwycięży śmierć", potem dwóch punków w katanach, na których z tyłu widnieją hasła "Mam dość" i "Jestem przyszłością narodu". Pokolenia i muzyka mogą się zmieniać - potrzeba ekspresji pozostaje ta sama.
Jak Brygada, to "Wojna" Co prawda tak samo jak Gnoińskiemu i Słocie udaje się z rozmachem i wyobraźnią aranżować niektóre ujęcia, tak samo potrafią oni płynnie dokonywać typowych dla takich dokumentów uproszczeń. Tych jest w "Beats Of Freedom" sporo. To, że film - choć snuje swą opowieść od lat 60. - koncentruje się na latach 80., można łatwo wytłumaczyć. To w sumie najbardziej efektowna i najbogatsza w wydarzenia i ważne płyty dekada. Zwłaszcza gdy patrzeć na polską muzykę w kontekście buntu przeciw systemowi. Ta społeczna, czasem wręcz jednoznacznie polityczna perspektywa wyraźnie odciska się na całym dokumencie. Gdy w filmie pojawiają się piosenki, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że zostały one dobrane według pewnego klucza. Ich teksty dają się na ogół zinterpretować jako konkretne komentarze do otaczającej rzeczywistości. Tym bardziej gdy efektownie łączą się ze zdjęciami pokazującymi stan wojenny, demonstracje, szarość polskich ulic i pustki w sklepach. Jeśli Turbo, to obowiązkowo "Dorosłe dzieci". Jeśli Maanam, to oczywiście "Nocny patrol". Jeśli Brygada Kryzys, to koniecznie "Wojna" i "Centrala". Zupełnie jakby te zespoły nie nagrały piosenek o innej wymowie. I jakby w Polsce nie istniały dziesiątki znakomitych kapel, które zamiast śpiewać o kwestiach społeczno-politycznych nie miały przede wszystkim ambicji artystycznych albo - dla odmiany - nie chciały się po prostu dobrze bawić i grać fajnego rock'n'rolla.
Dla zagranicy i młodzieży Nie ma jednak co kręcić nosem. Może i ten film momentami ślizga się po temacie, ale robi to w dobrym stylu. "Beats Of Freedom" pod względem konstrukcji, tempa i stylu opowieści blisko do rasowych anglosaskich dokumentów muzycznych. Jego forma odpowiada przede wszystkim oczekiwaniom tych, którzy wychowali się na współczesnej popkulturze. I także do nich przede wszystkim wydaje się skierowany. Ten film ma szansę zrobić spore wrażenie zarówno na widzach zagranicznych, jak i dzisiejszych polskich 20-latkach. Absurdy PRL-u, znaczenie i siła koncertów rockowych, Jarocin, bzdury, jakie wypisywali w raportach funkcjonariusze bezpieki inwigilujący ten festiwal, walka z cenzurą (kapitalna anegdota Lecha Janerki, któremu cenzor nakazał w jednym z tekstów wykreślenie "paramilitarnych gołębi"), surrealistyczna kpina z komuny w wydaniu Pomarańczowej Alternatywy - dla świadków tych czasów "Beats Of Freedom" będzie okazją do przywołania wspomnień z coraz bardziej mglistej przeszłości. Dla tych, którzy tej rzeczywistości nigdy nie mieli szansy dotknąć, ma szansę być prawdziwym objawieniem. Porządną, nieortodoksyjną i alternatywną lekcją historii.
- Nie uważam, że muzyka rockowa obaliła w Polsce komunizm. Co najwyżej zmieniła świadomość ludzi, z których część wzięła później udział w obalaniu komunizmu - zastrzegał w wywiadzie dla jednej ze stron internetowych Gnoiński. Trochę na przekór reklamującym jego film sloganom. I trochę na przekór wymowie "Beats Of Freedom". Ale całkiem słusznie. "Beats Of Freedom" pokazuje tylko część prawdy o polskim rock'n'rollu. Ale to ważna część.