Rano 25 lutego 1955 roku przyszedł do pana do hotelu...
- ... (Głośny śmiech) kominiarz, tak, tak! Byłem jeszcze w piżamie. Co powiedział?
Że przy piątku z rana nie ma jak spotkać kominiarza. Nazywał się Adolf Taciej.
- To był rzeczywiście piątek, czwarty dzień konkursu, mówiono - polski dzień. Z naszej ósemki miało grać troje pianistów. Występowaliśmy alfabetycznie. Lidia Grychtołówna, ja i Tadeusz Kerner.
Obszedł wszystkich. Polska żyła wtedy konkursem.
- Nieprzebrane tłumy łowców autografów. Nowa filharmonia. Obok prawie już gotowy Pałac Kultury.
I zaczynała się odwilż.
- Odwilż? Nie, to był luty.
Polityczna.
- Aha. Może. Konkursy wtedy odbywały się w rocznicę urodzin Chopina, nie, jak obecnie, jego śmierci, w październiku.
Wyszedł pan na estradę z rozwianą czupryną.
- Ależ proszę pani, to było dwa tysiące lat temu! Kogo to dzisiaj obchodzi?
Był pan porządnie zdenerwowany. Między jednym a drugim utworem zmieniał pan taborety, żaden nie odpowiadał, podłożono więc panu pakiet nut.
- Nie, nie, to jest troppo esatto, za dokładnie! Niczego nie pamiętam. Minęło 55 lat. W pierwszym etapie w ogóle nie byłem "porządnie" zdenerwowany. Myślałem tylko o tym, żeby zagrać jak umiem najlepiej, a co z tego wyniknie, nie obchodziło mnie.
Nic?
- O zwycięstwie - no skąd! - nawet nie chciałem myśleć. Broń Boże, po co!?
Mieszkaliśmy w hotelu Polonia. Wszyscy konkursowicze i jurorzy razem, rozdzieleni piętrami. W 1955 roku w V Konkursie Chopinowskim występowało 77 pianistów. A wie pani, ilu zgłosiło się na tegoroczny? Ponad trzystu. Po raz czwarty będę jego jurorem. Teraz jest bardzo dużo młodych, utalentowanych pianistów. Więcej niż kiedyś. Z nieprawdopodobną techniką. Oni - mówiąc sportowo - biegną sto metrów nie w dziewięć sekund, co, jak pani wie, jest niemożliwe, ale w osiem! To aż nienormalne. Mają chwytliwe szybkie palce, grają w niesamowitych tempach. Ale żaden na razie nie gra tak jak Artur Rubinstein. Słyszałem go ostatni raz w Carnegie Hall. Miał 80 lat i grał jak 18-letni młodzieniec. Fantastycznie! Z pięknym uderzeniem, bajkowo. Miał świetną głowę, absolutny słuch i jak coś zapomniał, potrafił dokomponować.
Przychodzi do mnie, tu, w Salzburgu, Ingolf Wunder. Brał udział w ostatnim konkursie, nie dostał się do finału, Chopinowską etiudę a-moll chromatyczną gra w tak nieprawdopodobnym tempie jak nikt chyba na świecie. Lewą ręką robi: pam, pam, pam, pam, a prawą gra akord i potem cztery tony na każde pam. Zupełna rewelacja.
Jest pana uczniem?
- Nie, nie, nikogo nie uczę. Rozmawiamy o chopinowskich brzmieniach. Bo piękno jest w dźwięku, sile wewnętrznej i w tym, co się ma interesującego do powiedzenia. We wnętrzu, które nie może być puste.
Źródło: Duży Format