Bałem się tego.
Rozgłosu? - Tak. Że rzucą się na mnie dziennikarze. Każdy się dowie. W pracy, w domu.
Wygrał pan w Strasburgu. Wiadomo było, że będzie głośno. - Nie myślałem, że dojdzie aż do Strasburga. Myślałem, że będzie wyrok i tyle. Sędzia powie tak albo tak. Będę w końcu wiedział, na czym stoję. A tu sprawa szła do kolejnych sądów.
Bo na początku nawet w sądzie nie powiedział pan, że byliście partnerami. - Krępowałem się. Wtedy, w 1998 roku, w naszym kraju nie było tak, by o tym można było powiedzieć. W Polsce cały czas jeszcze ludzie są przeciwni innym związkom. Nie chciałem mówić.
Długo byliście razem? - Od 1987 roku. Poznaliśmy się z Tadeuszem przez kolegów marynarzy. Byłem kelnerem. Pracowałem w eleganckich restauracjach w Szczecinie. Wtedy w Ryskiej. Koledzy marynarze zaprosili mnie do siebie na wódeczkę. Przyszedł też Tadeusz. Był taksówkarzem. Tak to się zaczęło. Ale za dużo wolałbym o tym nie mówić. Po prostu przypadliśmy sobie do gustu.
Najpierw mieszkaliśmy przy ul. Niedziałkowskiego, w centrum miasta. Ale to było spore mieszkanie. Przy zamianie mieliśmy okazję parę groszy dostać. Przenieśliśmy się tu, na 32 metry, gdzie jestem do dziś. Był pokój i ogromna kuchnia. Dopiero niedawno przerobiłem je na małą kuchnię i dwa pokoje.
Nie mieliście pieniędzy na utrzymanie dużego mieszkania? - Za komuny w gastronomii zawsze było zajęcie, jak nie dla kelnera, to w kuchni. W latach 90. zrobiło się trudniej. Knajpy poszły w ajencję. Nie umiałem się w nich odnaleźć. Zawsze pracowałem w eleganckich knajpach. Te były jakieś inne.
Do Szczecina zaczęli przyjeżdżać
Niemcy. E tam, Niemcy... Polacy, co w 80. latach wyjechali. Pili, rządzili w knajpach, dyskotekach. Zostawało im 20 marek reszty, mówili: "Masz napiwek". Kupa forsy. A Tadeusz te 20 marek potrafił zaraz przechlać. Musiał rzucić taksówkę.
Ja też, nie powiem, jak to w gastronomii, lubiłem wódeczkę. Przyznaję, nieraz razem wypiliśmy. Ale są ludzie, którzy mają tendencję do nałogów, i tacy, co nie mają. Ja nie miałem. Tadek miał.
Tłumaczyłem: opamiętaj się, wpadniesz w to całkiem. Nie przemawiało to do niego. W końcu miałem dość, Tadeusz nie miał roboty. Chyba w 1993 roku pojechałem pierwszy raz do Niemiec, do sezonowej pracy, na trzy miesiące. Później z takich robót żyliśmy.
Przyjeżdżałem z Niemiec, a tu bałagan. Wszystko zaniedbane. Długi. Tadeusz sprowadzał kumpli od wódki. Regulowałem długi, opłaty za mieszkanie i wracałem do pracy. Przyjeżdżałem, znów to samo. Rzeczy z domu wynosił. Zaniedbał się strasznie. Zaczęliśmy się kłócić. Nawet starałem się o inne mieszkanie, ale jakoś to się ciągnęło z dnia na dzień. Ja między Polską a Niemcami. On pił.
To picie go zabiło. W 1998 roku zmarł na marskość wątroby. Miał 59 lat. Tyle co ja teraz. Byłem w Niemczech, gdy kolega zadzwonił, że Tadeusz zmarł 1 kwietnia. Nie mogłem uwierzyć.
Kto go pochował? - Kolega powiedział, że rodzina zabrała go gdzieś pochować. Nie wiem, skąd ta rodzina. Nie utrzymywał z nią żadnych kontaktów. Wróciłem parę dni po pogrzebie. Jego rodzina nigdy nie przyjechała nawet po rzeczy. Nie miałem do nich nawet telefonu.