Trzeba to powiedzieć wprost: drugi tom "Dzienników" Iwaszkiewicza jest w dużej mierze właśnie "o tym", i ci, którzy chcieliby homoseksualizm pisarza zamieść pod dywan, będą mieli z tą książką nie lada kłopot.
Jako homoseksualny romans jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy XX w. i kilka dekad od niego młodszego chorego na gruźlicę robotnika Jerzego Błeszyńskiego to książka bez precedensu w polskiej literaturze, zarówno jeśli chodzi o bezwzględną szczerość wyznania, wnikliwość samoobserwacji, jak i jakość literackiej roboty. Namiętność, zazdrość, manipulacja; ukradkowe pocałunki, rzadkie dotknięcia, w końcu śmierć i niekończąca się tęsknota. I literackie dzieła, które bez tego wszystkiego by nie powstały ("Tatarak", "Kochankowie z Marony") bądź wyglądałyby zupełnie inaczej ("Sława i chwała"). Śmieszne? Tak, ale tylko w takiej mierze, w jakiej po gombrowiczowsku śmieszne jest uwodzenie "młodego" przez "starego".
Ta miłość - bo nie ma wątpliwości że, przynajmniej ze strony Iwaszkiewicza, mamy do czynienia z wielką miłością - wpisuje się w modernistyczny sposób przeżywania homoseksualności jako rozdarcia i skazy, a zarazem dostępu do pełni życia. Iwaszkiewicz pod tym względem idzie w ślady Tomasza Manna. Obaj protagoniści tego romansu nie wyobrażają sobie życia poza swymi "normalnymi" rodzinami, które z kolei o wszystkim wiedzą. Homoerotyzm Iwaszkiewicza jest wypraną z fizjologii, modelową realizacją platońskiej wymiany: starszy mężczyzna edukuje "młodzieńca", który oferuje mu w zamian własne piękno.
Gdy Błeszyński jest bliski śmierci (bezwzględny, wstrząsający zapis tego umierania jest na miarę "Śmierci Iwana Iljicza" uwielbianego przez pisarza Tołstoja), Iwaszkiewicz wraca pospiesznie z Moskwy, gdzie dopiero co spotykał się z Chruszczowem. Romans, jak na romans przystało, rozgrywa się na tle wypadków epoki, m.in. rewolucji węgierskiej i polskiego Października. Tropiciele politycznych grzechów Iwaszkiewicza to i owo w tych dziennikach oczywiście znajdą, np. uwielbienie dla Bieruta. O ile polityczne diagnozy Iwaszkiewicza z perspektywy czasu okazywały się zazwyczaj katastrofalnie nietrafne, o tyle imponuje jego samoświadomość (w latach 50. przewiduje, że w przyszłości zostanie potraktowany jako Petain literatury polskiej) i wielkopański stosunek do własnych politycznych grzechów - gdy je dostrzega, nie wybiela się, ale też nie rozpamiętuje ich, przechodząc nad nimi do porządku dziennego.
Wypominanie Iwaszkiewiczowi grzechów prywatnych - przede wszystkim pisarskiej pychy - jest kompletnie jałowe, jeśli uświadomimy sobie, jak wielkie ambicje są stawką w literaturze. Zamiast więc z satysfakcją odnotowywać rozważania Iwaszkiewicza o własnej wielkości i podszczypywanie kolegów po piórze, warto raczej dostrzec historyczną ironię: rywalizacja Iwaszkiewicza i Dąbrowskiej nie ominęła ich nawet po śmierci - po drugim tomie "Dzienników" Iwaszkiewicza coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie, które z nich było wybitniejszym diarystą.
Jako homoseksualista Iwaszkiewicz był modernistą - a jako pisarz? "Dzienniki" czytane jako esej o egzystencji i literaturze wyposażają jego wizerunek w istotne rysy. Dzieło, czyli literatura, nie jest w nich "większe niż życie", nie stanowi za nie rekompensaty, nie tworzy estetycznej jedności, nie zostaje wyposażone w quasi-religijne atrybuty. Do własnych utworów Iwaszkiewicz zaskakująco często odnosi się z lekceważeniem: to tylko mało znaczące odpryski życia, przypisy do niego, w całości utkane z jego materii. Pisanie jest właściwie nieprzyjemnym nałogiem, który chciałby porzucić, gdyby tylko potrafił.
Życie jest wszystkim, co mamy, choć mamy go bardzo niewiele. Iwaszkiewicz jest pozbawionym złudzeń badaczem życia. Montaigne twierdził, że umieramy dwa razy: za pierwszym razem wtedy, gdy zaczynamy się starzeć, i ta śmierć za życia jest właściwie znacznie gorsza od śmierci właściwej. Właśnie tę pierwszą śmierć opisuje Iwaszkiewicz w drugim tomie "Dzienników" jako powolne, nieubłagane owijanie wokół ciała celofanu, stępiającego wrażliwość zmysłów, sprawiającego, że momenty miłości, zachwytu, zrozumienia - kiedyś wypełniające życie niemal bez reszty - stają się coraz rzadszym gościem. Śmierć jest przerażająca, starzenie się jest okrutne, a panteizm jest fałszywym, niezadowalającym pocieszeniem. "Cała nasza piękność rozsiała się po tej drodze jak żwir". Co zostało? Rozpacz.
Źródło: Duży Format