Po sprawach Romana Polańskiego i Krzysztofa Piesiewicza odżyło pytanie: czy artystom wolno więcej? Czy talent, dokonania, wyjątkowy życiorys dają prawo do przywilejów szczególnych?
- To jest jasne, nie może być żadnych przywilejów, zwłaszcza przywilejów typu, że artyście więcej wolno. Jestem absolutnym przeciwnikiem wyróżniania zawodów artystycznych i przeciwstawiania im innych zawodów. Nie tylko pod żenująco oczywistym względem prawnym, ale każdym. Dobry artysta w każdej dziedzinie musi być rzemieślnikiem, ergo człowiekiem pracy.
Ale nie zdaje mi się, by dało się przytoczyć wiele przykładów, by ktoś, kto dopuścił się jakiejś nikczemności, był łaskawie traktowany z racji zasługi swych dzieł.
Częściej jest tak, że artysta za swe występki bywa traktowany o wiele surowiej. Zwłaszcza teraz, przy środkach technicznych, jakimi świat dysponuje, bywa on postponowany w skali do tej pory niespotykanej. Zadawanie śmierci cywilnej jest powszechnie dostępne.
Ma pan na myśli tabloidy?
- Do tego też są powołane. Trudno zresztą mieć pretensję do kogoś, kto programowo mówi: jestem łowcą nikczemności, moją zasadą jest żerowanie na niskich instynktach moich odbiorców. I to jest zarazem warunek mojego sukcesu, bo rozległa jest liczba tych, którzy na niskich instynktach jadą przez życie, w tym znajdują uciechę. Stąd te gazety. Z niskiego sedna natury ludzkiej. Poza tym oni - szczerze mówiąc - też ciężko pracują, bo przecież niełatwo jest codziennie stworzyć sensację.
Heinrich Böll w "Utraconej czci Katarzyny Blum" pisał o niszczycielskim działaniu tego rodzaju prasy. Ta książka wyszła w Polsce bodajże w latach 70. Skądinąd była wydana z intencją też nikczemną, żeby pokazać, jaką okropną rzeczą jest kapitalizm.
Natomiast jeśli pyta pan o istnienie tabloidów, to ich bronię, ponieważ na tym - że sięgnę do słownika komunałów - polega demokracja. Trzeba bronić Radia Maryja i trzeba bronić tabloidów, bo mają prawo do istnienia.
Pan czyta?
- Nie mówię, że nie biorę do ręki... Jak jadę do Wisły, zawsze na podróż kupuję "Fakt" i "Super Express", więc przynajmniej raz na miesiąc mam kontakt. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie nasycały specjalną wiedzą o świecie, ale też przesadnej odrazy nie budzą.
"Faktowi" zawdzięczam nawet pewien rodzaj wolności. W "Fakcie" wychodziła "Europa" i jak wielu ambitnych czytelników to dla niej kupowałem "Fakt".
Rychło się zorientowałem, że większości tych europejskich tekstów nie dam rady przeczytać. Było tak jak ze wszystkimi pismami wysokich umysłowych lotów - ani pan tego od razu nie przeczyta, ani od razu nie wyrzuci. Kupuje pan kolejny numer, bo ma wyrzuty sumienia, że nie przeczytał poprzedniego. Zasadą jest składowanie. Więc gromadziłem te "Europy" z iluzoryczną nadzieją, że do nich wrócę. Potem zacząłem zerkać na "Fakt".
I o ile "Europa" budziła we mnie kompleks - jakby to Henryk Bereza powiedział - niedouczeńca, to "Fakt" dał mi oddech wolności. Nie mozolić się z "Europą", ale od ręki zanurzyć się w "Fakcie" - jaka to była ulga! To doświadczenie nakazuje mi rodzaj sentymentalnej wdzięczności i dwuznacznej sympatii do pism bulwarowych czy brukowych.
Pan tchnie wyrozumiałością dla wszystkich, dla tabloidów, dla ich ofiar.
- Przykro, że rozczarowuję. Nieraz mi się zdaje, że jedyna we mnie nieprzychylna rzecz to wyraz twarzy.
"Super Express" poniżał senatora Piesiewicza. Mowa była o kokainie, ale chodziło o to, by pokazać Piesiewicza w sukience...
- Jestem tu w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, bo odpowiadam na pytania, a w moim najgłębszym przekonaniu o tej sytuacji nie powinno się mówić, nie powinno się przedłużać jej istnienia.
Gazeta nie powinna publikować tych zdjęć, ale to nie te czasy. Pomijanie pewnych spraw zanikło, a to był niezły obyczaj. Dygresję tu zrobię. Jednym z powodów niejakiej nostalgii, którą czasami we mnie stara Polska budzi, są tamtejsze pisma bulwarowe typu "Echo Krakowa" czy katowicki "Wieczór". Tam były rozmaite sensacje, rozbudowana kronika sądowa, relacje z wypadków. "Wieczór" dawał też jakieś ówczesne komiksy. A w grudniu niezmiennie na pierwszej stronie fotografia jakiejś roznegliżowanej laski i rytualny podpis "A w Australii pełnia lata". Pełnia ówczesnego wybryku prasowego...
Ze wzruszeniem wspominam niesłychany takt tych popołudniówek. To były socbrukowce? Rzecz jasna. Przecież zachodnie brukowce - tabloidy wolnego świata - jeśli wtedy zdarzało się z nimi stykać - też były znakami wolności. Kiedyż u nas takie gazety będą wychodzić? - marzył człowiek. No i mamy spełnione marzenia...
Źródło: Duży Format