http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Skodyfikować internet

Wojciech Orliński
2010-03-14, ostatnia aktualizacja 2010-03-09 13:59

Premier w otoczeniu internautów podczas dyskusji o ustawie wprowadzajacej rejestr stron i usług niedozwolonych
Premier w otoczeniu internautów podczas dyskusji o ustawie wprowadzajacej rejestr stron i usług niedozwolonych
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

czyli pole ogólnego bezhołowia

Wojciech Orliński
Wojciech Orliński
SONDAŻ
Czy blog powinien być traktowany tak samo jak prasa?

Tak
Nie
Powinien być postrzegany jako całkowicie nowe zjawisko
Nie interesuje mnie to

Prawo prasowe w Polsce jest dokumentem rozpaczliwie przestarzałym. To jeden z ostatnich aktów prawnych odwołujących się do PRL-u. Najpilniejszym problemem do rozwiązania jest regulacja radosnej twórczości blogowo-forowej, którą w wolnych chwilach uprawia spora część populacji, w tym niżej podpisany. Jak to traktować? Jako prasę z jej ustawowymi prawami i obowiązkami? Ale jaki jest sens obdarzać nimi 14-letnią dziewczynkę prowadzącą upstrzonego serduszkami blogaska o swym życiu osobistym?

Prawo prasowe wymaga, by coś, co uznajemy za prasę, miało też "redaktora naczelnego". Musi to być m.in. osoba pełnoletnia, niekarana i mająca polskie obywatelstwo (choć prawo przewiduje możliwość zrobienia specjalnego wyjątku decyzją Ministerstwa Spraw Zagranicznych).

Bez takiego zapisu prawo prasowe nie miałoby sensu - w redakcji musi być przynajmniej jedna osoba, która w razie czego ponosi odpowiedzialność prawną za opublikowane materiały. I to nie może być ktoś ukryty za sieciowym nickiem typu anonim@berdyczow.pl.

Poprzednie propozycje krążyły wokół dwóch skrajności - albo wszystkich blogerów hurtem uznamy za prasę (ale wpadniemy w prawny galimatias np. wobec blogów prowadzonych przez dzieci), albo taką możliwość w ogóle odbierzemy, sztucznie dyskryminując jeden z nośników informacji. Rządowy projekt w obecnym kształcie znajduje sensowny złoty środek: z założenia blogi nie są uznawane za prasę (nie nakłada się na nie obowiązków wynikających z prawa prasowego), ale każdy bloger, któremu zależy na statusie dziennikarza, może opcjonalnie zarejestrować swój blog jako internetowe czasopismo.

Ja ze swoim blogiem tego nie zrobię, bo mi na tym nie zależy. Nastoletnia imprezowiczka - pewnie też nie. Ale ktoś, kto sens swojej blogowej działalności widzi np. w tropieniu działalności swojego lokalnego samorządu, w takiej rejestracji zyskałby cenne narzędzia do realizowania swojej pasji.

Nie powinna dalej trwać obecna sytuacja, w której w sieci praktycznie bezkarne są zachowania, za które w mediach tradycyjnych ktoś poszedłby za kratki. Społeczność internetowa oburzona jest na przykład wyrokiem wydanym przez mediolański sąd na trzech menedżerów z koncernu Goo-gle, uznanych za winnych naruszenia prywatności chłopca z zespołem Downa, upokorzonego filmikiem wrzuconym do serwisu Google Video.

W stanowisku opublikowanym w oficjalnym blogu Google (nawiasem mówiąc, oficjalny blog instytucji to kolejny przykład blogu, który z dziennikarstwem nie ma nic wspólnego) jej przedstawiciel podkreśla, że skazani menedżerowie nie mieli z tym filmikiem nic wspólnego, nawet nie wiedzieli o jego istnieniu, dopóki nie dostali z Włoch żądania jego usunięcia.

No dobrze, ale czy uznalibyśmy podobną linię obrony tradycyjnej gazety lub stacji telewizyjnej? Że "my po prostu publikujemy to, co ludzie przyślą"? I nie mamy oporów przed zarabianiem pieniędzy na filmiku wyprodukowanym przez włoskich chuliganów?

Włoski wyrok "podważa fundamentalne zasady wolności, na których zbudowano internet", napisał przedstawiciel korporacji. I napisał nieprawdę: fundamentem internetu była armia amerykańska, która chciała mieć sieć łączności odporną na trzecią wojnę światową. Z wolnością to nigdy nie miało nic wspólnego - od pierwszego łącza wybudowanego na koszt Departamentu Obrony w 1969 roku aż po wejście Google na giełdę. Najpierw chodziło o wojsko, a potem o zarobki korporacji wykorzystujących tę infrastrukturę. Już prędzej można powiedzieć, że wolność mają u podstaw tradycyjne media. Od XVI wieku także na polskich ziemiach drukarze cieszyli się przywilejami chroniącymi ich wolność w zamian za dostosowanie się do pewnych zasad.

Od setek lat wolność prasy działa na zasadzie kontraktu: "Dajemy wam pewne przywileje w zamian za pewne obowiązki społeczne", który z wydawcami prasy zawierają ustawodawcy. Przez setki lat wypróbowano różne warianty tego kontraktu, nigdzie jednak nie było tak, że wolność mediów rozumiano także jako ich całkowitą bezkarność.

Włoski wyrok być może jest zbyt surowy, może upadnie w apelacji. Nie martwi mnie to, nie chcę menedżerom z Google uniemożliwiać spędzenia wakacji w Toskanii. Ale podoba mi się sygnał, że internet przestanie być lemowskim "polem ogólnego bezhołowia". Jeśli serwisy typu Google Video czy YouTube mają wypierać tradycyjną telewizję, to niech podlegają ograniczeniom takim jak tradycyjna telewizja, którą zrujnowałyby kary za emisję takiego filmiku. Jeśli blogi mają rywalizować z publicystyką tradycyjnych mediów, niech obejmują je rygory tej samej ustawy.

Źródło: Duży Format
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    77 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':