Oficjalnie: Damon Albarn jest geniuszem. Za mocno? No to proszę posłuchać "Plastic Beach". Na najnowszym dziecku wokalisty Blur aż gęsto od dowodów na jego nieprzeciętną muzyczną wyobraźnię. Wydawało się, że nowa sesja Gorillaz to rzecz ryzykowna, bo trudno będzie przeskoczyć poprzednią płytę "Demon Days". A jednak. Damonowi i ekipie niezliczonych gości (kto inny na jedną
płytę mógłby zaprosić Snoop Dogga, muzyków The Clash, Lou Reeda i libańską orkiestrę symfoniczną?) znów się udało. "Plastic Beach" zaskakuje i hipnotyzuje. Jest tu wszystko, co charakterystyczne dla Gorillaz - niesamowita mieszanka stylów, odjazdowa produkcja i lekko duszny klimat. Ale to jednocześnie płyta inna od wcześniejszych. Bardziej wyluzowana, ale jak zawsze zaskakująco oryginalna. Może i zabrakło wpadających od razu w ucho przebojów na miarę "Dare" czy "Clint Eastwood". Jest za to brzmiący niczym ilustracja do filmu "Dr Who" numer "Glitter Freeze", w którym pojawia się lider The Fall Mark E. Smith. Ociekający kiczowatą elektroniką, której nie powstydziłby się Air, "On Melancholy Hill". Wreszcie oszałamiający pulsem rapu Mos Defa i brzmieniami dęciaków kapeli Hypnotic Brass Ensemble "Sweepstakes". Z każdym kolejnym przesłuchaniem ta płyta obezwładnia coraz bardziej. Wszelki opór jest bezsensowny. Zostaje kapitulacja.