http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Muniek"

Robert Sankowski
2010-03-12, ostatnia aktualizacja 2010-03-09 13:52

Muniek, Sony Music

To równie dobrze mógłby być album T.Love. Wystarczy tylko wyobrazić sobie rzeczywistość równoległą, w której Janek Benedek nie odszedł z zespołu w 1994 r. Kiedyś razem pisali takie hity jak "Warszawa" czy "King". Dziś większość ich wspólnych piosenek z "Muńka" też mogłaby funkcjonować pod szyldem kapeli. Większość, bo to jednak solowy album Staszczyka, na dodatek pierwszy w jego prawie 30-letniej przygodzie ze śpiewaniem. A album solowy na ogół prowokuje do wycieczek poza stylistykę macierzystego zespołu. Dlatego obok przebojowych, skrojonych jakby z myślą o T.Love numerów takich jak "Tina" czy "Georgie Brown" na "Muńku" trafimy i na pachnący Tomem Waitsem "Ring Dong", i na zajeżdżający redneckowym country "Gan". Muniek bez obciachu może pofolgować najróżniejszym muzycznym fascynacjom. Jest fanem glam rocka, więc nagrał brzmiącego jak krewniak "All The Young Dudes" Bowiego "Świętego". Jest wielbicielem The Clash, więc śpiewa kojarzący się z tą grupą "Hot Hot Hot". W tym ostatnim przywołuje nawet punkową legendę w tekście. Poza tym na całej płycie trochę rozlicza się z własnymi grzechami i przeszłością. Ale tak samo chętnie śpiewa o dziewczynach. Czyli znów jak w T.Love. Widać, czy ze swoją kapelą, czy bez niej, i tak zawsze pozostaje sobą.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':