Przyznałem się już kiedyś, że miewam zawstydzające zaległości kulturalne, osobliwie jeśli chodzi o seriale. Powody są dwa: primo, nie mam telewizora, secundo, nie zasysam z sieci. Często więc jestem do tyłu z ważnymi serialami, jeśli już, to oglądam na DVD, z intensywnym opóźnieniem. Gdy jednak postanowię zaległość nadgonić, zabieram się do tego maniakalnie, oglądam po sześć odcinków naraz. Może przez to nie mogę się w nich rozsmakować, dawkować ich z rozkoszą i trawić w spokojnej ekstazie, nic mnie to jednak nie obchodzi, ja stawiam na zachłanność.
Tak było z "Lost - Zagubieni", o którym co prawda coś słyszałem, ale nic tak naprawdę nie widziałem, zresztą jak ktoś nie obejrzy wszystkich dostępnych sezonów "Lost", to, powiedzmy jasno - nie wie o nich literalnie nic. Serial przeleciał mi koło nosa czterema sezonami, a ja nie miałem pojęcia, kto zacz Jack, Sawyer, Hugo, Locke czy Kate ani o co biega na tajemniczej wyspie, na której się podejrzanym zrządzeniem losu znaleźli. Nie wiedziałem, ale teraz wiem dobrze - to ludzie, którzy zagościli w moim życiu, zalęgli się w moim domu, nie mam wątpliwości, że u mnie mieszkają, wskazuje na to dochodzący z łazienki szum wody pod prysznicem, mimo że akurat się nie kąpię, to pewnie Kate myje swoje boskie ciało, dowodzą tego szybko kurczące się zapasy w mojej lodówce, ktoś ewidentnie musi mi w nocy podjadać prowiant, podejrzewam że to żarłoczny Hurley, natomiast ostatnie piwo, które nagle zniknęło, musiał mi wypić cwaniak Sawyer.
Było to miesiąc temu, nadchodził ponury wieczór, nie miałem pomysłu na jego przetrwanie, postanowiłem więc zainwestować w box z pierwszym sezonem "Lost", trzeba wreszcie poznać, czym żyje świat, pomyślałem, bo obciachem byłoby dalsze życie w niewiedzy co do szczegółów tego dzieła. Wieczór minął szybko, jeszcze szybciej minęła noc, następnego dnia byłem już w sklepie wielkiej sieci, stałem przy kasie i płaciłem za sezon drugi, trzeci i czwarty. Tydzień temu, tuż po polskiej premierze, kupiłem sezon piąty i obejrzałem go w całości, wiem, że w Stanach leci sezon szósty, czyli ostatni, wiem, że w dniu premiery DVD będę stał przy kasie i płacił za niego.
W ciągu miesiąca obejrzałem pięć sezonów "Lost", ergo 103 odcinki, ergo 4230 minut, czyli siedemdziesiąt i pół godziny, w sumie to nie aż tak dużo, ledwo trzy pełne doby spędziłem, śledząc losy rozbitków z lotu 815. Nie muszę pewnie Państwu tłumaczyć, o co tam idzie, zresztą sam nie do końca wiem, mam podejrzenia, że scenarzyści też już nie bardzo kumają, co robią, nie jest wykluczone, że oni również zwariowali jak ja, mają nawet większą ku temu sposobność, jak się usiłuje zapanować nad pokręconą materią tego serialu - szaleństwo wydaje się nieuniknione.
Moje szaleństwo objawiało się z różnym nasileniem. Pewnego wczesnego wieczoru zacząłem oglądać trzeci sezon i nagle zorientowałem się, że za oknem zaczyna świtać, była godzina szósta rano. Przyznaję, planowałem też zagrać w totolotka, skreślając sekwencję przeklętych liczb 4, 8, 15, 16, 23, 42, które odgrywają niejasną rolę w serialu, nigdy nie grałem w totolotka, to moment na inicjację, pomyślałem, ale nie poszedłem do kolektury, bo musiałem oglądać dalej.
Nie będę pisał o inicjatywie DHARMA, Innych, o Richardzie Alpercie, który się nie starzeje, o podziemnych bunkrach ani o potworze pod postacią czarnego dymu. Nie będę pisał też o podróżach w czasie, o tym, że wyspa się przemieszcza, o silnym polu elektromagnetycznym. Ani o tym, że zmarli w tym serialu przejawiają intensywną predylekcję do ukazywania się żywym i wydawania im różnych poleceń. Jak ktoś widział "Lost", to wie, o co chodzi, jak ktoś nie widział, to i tak nie ma tu miejsca, by wszystko wyklarować, trzeba by szczegółowo streszczać poszczególne odcinki, aż tak nie sfiksowałem, w każdym razie mam niejasną nadzieję, że mój kontakt z rzeczywistością nie został do końca zerwany.
Moja fiksacja nie wynika jedynie z tego, że to serial będący połączeniem przygód Robinsonów Crusoe, Matrixa, Archiwum X oraz teorii spiskowych, aż tak podatny na tego typu bziki nie jestem. Jedno nie ulega wątpliwości - "Lost" to arcydzieło. Nie w kategorii seriali telewizyjnych, nie w kategorii filmowej, po prostu arcydzieło, jak coś jest arcydziełem, to nie musi grać w żadnej konkretnej konkurencji. Nie ma arcydzieła poezji ani arcydzieła prozy, nie ma arcydzieła muzyki ani malarstwa - coś jest arcydziełem albo nim nie jest i tyle. "Lost" to jest arcydzieło ewidentne. Oczywiście, jak z każdym arcydziełem, potrafi być irytujące, zniechęcające, potrafi być, mówiąc wielce eufemistycznie: totalnie wpierniczające. Co mu arcydzielności wcale nie odbiera. Pokrętność tego dzieła jest spektakularna, wszystko się zapętla i gmatwa, wciąż giną jacyś ludzie, wciąż się nowi rozbitkowie pojawiają, a każdy jest z kimś innym tajemniczo powiązany, jeśli zatem scenarzyści nie sfiksowali naprawdę, o co ich podejrzewam, sam balansując na granicy klinicznego obłędu, to znaczy, że są geniuszami, jeśli zaś są geniuszami, to należy im się szacunek. Największy szacunek należy im się za narysowanie portretów psychologicznych bohaterów, każdy jest wyraźny i osobny, każdy jest innym światem, wraz ze swoimi siłami i słabościami, tak ciekawej galerii postaci nie widziałem w żadnym serialu nigdy, a Benjamin Linus jest najbardziej obrzydliwą, wredną i fascynującą postacią światowej kinematografii ostatnich lat.
Nie chcę też rozwodzić się nad religijnymi i filozoficznymi konotacjami tego serialu, że bohaterowie noszą nazwiska wielkich pisarzy, myślicieli i naukowców, to jest banalnie prosty zabieg, o tym z pewnością powstaną niebawem fundamentalne prace popularnonaukowe. To są szczegóły. Wolę inne szczegóły, owe drobne smaczki, które pojawiają się na ułamki sekund i na które należy polować, choćby książki, które czytają bohaterowie, a pojawiają się tam m.in. "Inna rzeczywistość" Carlosa Castanedy, "Ulisses" Joyce'a, książki Stephena Kinga i Philipa Dicka, polowanie na te szczegóły jest prawdziwą rozkoszą dla obłąkanego widza.
Na koniec zagadka: kto pojawia się przez moment na zdjęciu stojącym na biurku opata klasztoru, kiedy ten releguje Desmonda Hume'a z zakonu? Prawdziwy maniak "Lost" nie może tego przegapić.
Źródło: Duży Format