Frekwencja w niedzielnych wyborach do parlamentu wyniosła 62 proc. - była zatem o 14 proc. niższa niż pięć lat temu. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że w niedzielę rano w Bagdadzie spadło około 100 pocisków moździerzowych i katiusz, wynik i tak jest imponujący. Odwagę i determinację Irakijczyków chwalili przywódcy
USA, Wielkiej Brytanii i Francji.
Komisja wyborcza zapowiada, że pojutrze, a może już jutro, po przeliczeniu jednej trzeciej głosów, poda wstępne wyniki. Na nowy rząd przyjdzie zapewne poczekać dużo dłużej - po ostatnich wyborach kłótnie i targi polityków trwały aż pięć miesięcy. Ale nawet przed głosowaniem było wiadomo, że w wyścigu po władzę liczą się trzy listy: Państwo Prawa urzędującego premiera Nuriego Malikiego, Iracka Lista Narodowa byłego premiera Ijada Alawiego i sojusz religijnych szyitów.
Największe szanse ma premier Maliki, któremu Irakijczycy przypisują uspokojenie sytuacji w kraju (dziś w Iraku ginie dziesięć razy mniej ludzi niż w latach 2006-07). Jest on kandydatem środka: szyitą, ale nie religijnym fanatykiem; państwowcem, który stara się zacierać podziały między szyitami, sunnitami i Kurdami, ale jednocześnie popiera zakaz wykluczenia z życia publicznego byłych prominentów saddamowej partii Baas; politykiem życzliwym względem Iranu, gdzie w latach 80. schronił się przed prześladowaniami Saddama, ale jednocześnie takim, który nie przesiąkł ideami irańskich ajatollahów. Maliki zdobył markę polityka niezależnego - na początku rządów w 2006 r. oskarżano go o pobłażanie nielegalnym szyickim milicjom religijnym, ale dwa lata później urządził na nie bezwzględną obławę w Basrze. Potrafił też kilka razy postawić się Ameryce, np. kiedy twardo negocjował z Waszyngtonem terminarz wycofania żołnierzy USA z Iraku.
Kandydatura Malikiego ma w zasadzie tylko jedną poważną wadę - przez następne cztery lata premierowania może tak przywyknąć do władzy, że potem już jej w ogóle nie odda. Z drugiej strony Irakijczycy w sondażach twierdzą nieodmiennie, że ich kraj potrzebuje "mocnego człowieka", więc wielu zapewne wcale by się tym nie zmartwiło.
Drugim kandydatem na "mocnego człowieka" jest były premier Ijad Alawi, również szyita, ale całkowicie zeświecczony, a w latach 70. nawet członek partii Baas, który do wyborów poszedł tym razem w koalicji z sunnitami. Z jego premierowania najbardziej ucieszyłby się Waszyngton. Alawi jest niechętny i nieufny wobec Iranu, przez wiele lat żył na garnuszku Amerykanów i Brytyjczyków, którzy sponsorowali jego partię opozycyjną na emigracji w Londynie. W zamian Alawi dostarczał im fałszywe dowody na broń masowego rażenia Saddama. Z młodości w partii Baas zostało mu przywiązanie do idei ponadnarodowej wspólnoty krajów arabskich. Gdyby został premierem, Irak znalazłby się zapewne w antyirańskim przymierzu z Arabią Saudyjską, Egiptem, Jordanią i innymi arabskim krajami zaprzyjaźnionymi z USA.
Na przeciwnym biegunie od Alawiego znajduje się sojusz szyickich partii religijnych, których sukces to najczarniejszy scenariusz dla Waszyngtonu. Raczej nie zajmą pierwszego miejsca w wyborach, bo Irakijczycy po odchyleniu w stronę religii w 2005 r. wracają do świeckich wzorców, które wpajał im przez ćwierć wieku Saddam. Ale religijni szyici dostaną na pewno przyzwoity wynik i są najbardziej prawdopodobnymi koalicjantami Malikiego. Po wojnie taktycznie sprzymierzyli się z Amerykanami, ale mentalnie najbliżej im do Teheranu, gdzie od 1979 r. rządzą szyiccy ajatollahowie. Kiedy odwiedzają Bejrut, składają wieńce na grobie Imada Mugnii, zabitego przez izraelski Mossad dowódcy libańskiego Hezbollahu, którego Amerykanie uważali za jednego z najgroźniejszych terrorystów świata, a Iran - za bohatera. Kiedy wygłaszają kazania, używają antyimperialistycznej retoryki irańskiego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, np. mówią o Stanach Zjednoczonych nie per "Ameryka" czy "USA", tylko "aroganckie mocarstwo".