http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grecka tragedia, europejscy widzowie

Witold Gadomski
2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-05 18:19

Równowaga na rynkach finansowych opiera się na zaufaniu. Jeśli rynki przestaną wierzyć, że strefa euro jest stabilna, Europa może przeżyć wstrząs. Dlatego wszyscy z uwagą przyglądają się temu, co stanie się w Grecji.

Protestanci na ulicach Aten
Fot. YIORGOS KARAHALIS REUTERS
Protestanci na ulicach Aten
W długi majowy weekend 1998 roku 11 premierów na posiedzeniu Rady Europejskiej uzgodniło ostateczny - jak się wydawało - kształt unii monetarnej. Kursy 11 walut zostały w sposób nieodwołalny i sztywny powiązane z przyszłą walutą europejską. W tej jedenastce nie było Grecji. To, że nie spełniała kryteriów uznanych w traktacie z Maastricht za warunek uczestnictwa w unii monetarnej, nie było przeszkodą największą. Prawdę mówiąc, większość uczestników tego eksperymentu walutowego kryteriów nie spełniała.

Najgorzej było (i do dziś jest) z wielkością długu publicznego. Zadłużone rządy finansują się, sprzedając na europejskim rynku obligacje. Im więcej ich sprzedadzą, tym mniej kapitału zostaje dla prywatnej gospodarki i tym wyższe jest oprocentowanie kredytów długoterminowych. Architekci strefy euro zakładali, że kraje przyjmujące wspólną walutę nie powinny mieć zadłużenia przekraczającego 60 proc. PKB. Nikt oczywiście nie udowodnił, że dług 65-procentowy powoduje katastrofę, ale to, że wysoki dług jest problemem dla wspólnej waluty, było i jest dla wszystkich oczywiste.

Problem w tym, że poziom długu publicznego w strefie euro nigdy nie spadł poniżej 60 proc. W momencie wprowadzania euro kraje jedenastki były zadłużone średnio na 73 proc. Większość po przyjęciu wspólnej waluty obniżyło zadłużenie, lecz gdy w Europę uderzył światowy kryzys finansowy, dług eksplodował.

Dlaczego wspólna waluta została wprowadzona, mimo że podstawowe kryterium nie zostało spełnione? Bo euro było od początku przede wszystkim pomysłem politycznym, a dopiero potem ekonomicznym.

Jednak rynki finansowe kupiły ideę wspólnej waluty niemal natychmiast. Przed powstaniem euro zadłużone Włochy (ponad 100 proc. PKB) pożyczały na 12 proc. (w roku 1995). Ale gdy stało się jasne, że wprowadzą euro, oprocentowanie włoskiego długu spadło do 5 proc., czyli do poziomu Niemiec. Różnica w oprocentowaniu oznaczała, że w kasie włoskiego rządu co rok pozostawało 100 mld euro.

Spóźniony pasażer

Grecja weszła do unii monetarnej 1 stycznia 2001 r. Wszyscy wiedzieli, że nie spełnia kryteriów euro. W 2000 r. jej dług publiczny sięgał 103,4 proc. PKB, a deficyt budżetowy według oficjalnych danych wynosił 3,5 proc. PKB (dopuszczalne było 3 proc.). Do tego w 2004 r. organizowała igrzyska olimpijskie, na co rząd musiał znaleźć dodatkowe pieniądze. Grecy jednak przyrzekli, że zejdą z deficytem poniżej wymaganego poziomu.

W 2004 r. Komisja Europejska odkryła jednak, że Grecja przez wiele lat fałszowała dane dotyczące deficytu: w roku 1997 wyniósł on 6,6 proc., a nie 4 proc., jak podał rząd. Minister finansów Giorgos Alogoskoufis przyznał, że dziura w greckim budżecie była od lat większa niż 3 proc., ale fałszerstwa zrzucił na socjalistów, którzy właśnie stracili władzę. Prawica rządziła do ubiegłego roku i przez pięć lat niewiele zrobiła dla naprawy finansów publicznych.

Odkrycie fałszerstw przyjęto w Europie z zażenowaniem. W gruncie rzeczy Grecja powinna zostać ukarana poważną grzywną, ale oznaczałoby to nowe wydatki z greckiego budżetu i dalsze kłopoty. Gdyby wówczas politycy europejscy byli twardsi, być może nie doszłoby do tak ostrego kryzysu w Grecji, grożącego rozhwianiem całej strefie euro. Europejscy politycy rozumowali jednak tak: dzięki wejściu do strefy euro rząd grecki zaoszczędzi rocznie na kosztach spłaty długu 2-3 proc. PKB. Spadną zatem wydatki publiczne i deficyt. W ciągu kilku lat problem sam się rozwiąże.

Niestety to, co Grecy zaoszczędzili na niższych odsetkach, konsumowali. I ich dług się nie zmniejszył. A kiedy przyszedł światowy kryzys, poszybował do poziomu 110 proc. PKB.

Zaraz po ogłoszeniu przez premiera Giorgosa Papandreou kolejnych cięć budżetowych greckie obligacje zdrożały, co jest dobrą nowiną, gdyż w kwietniu i maju rząd musi spłacić 20 mld euro. Będzie na to potrzebował nowych pożyczek. Ale jeśli związkowa Charybda okaże się groźniejsza od europejskiej Scylli, Papandreou ugnie się i nie przeprowadzi cięć budżetowych. Grecja znajdzie się w prawdziwych tarapatach.

Więzy Odysa

Dlaczego wierzyciele bardziej ufają tym krajom, które nie mają własnej waluty, lecz euro? Bo są jak przywiązany do masztu Odys, który nie może ulec głosowi wabiących go syren.

Po pierwsze, nie mogą ratować się drukowaniem pieniędzy.

Po drugie, korzystają z tego, że Europejski Bank Centralny przyjmuje w zastaw emitowane przez nie obligacje, dając tym samym dodatkowe gwarancje.

Mechanizm wygląda tak. Rząd musi spłacić ratę długu, więc sprzedaje na aukcji obligacje. Kupuje je inwestor, zwykle prywatny bank, który zarabia na oprocentowaniu. Gdy potrzebuje gotówki, udaje się do EBC i daje obligacje w zastaw. Dzięki temu papiery dłużne rządu mogą być w każdej chwili zamienione na gotówkę.

Aż do ostatniego kryzysu finansowego rynki finansowe były przekonane, że "więzy Odysa" są mocne i pożyczanie rządom krajów strefy euro jest dobrą inwestycją. Międzynarodowe agencje ratingowe, które oceniają wiarygodność dłużników, dają greckim "papierom" niższą ocenę niż krajom stabilnym. Jednak EBC w ramach programu antykryzysowego zobowiązał się przyjmować greckie obligacje w zastaw, dzięki czemu ich oprocentowanie jest wciąż stosunkowo niskie - zaledwie o 2 pkt wyższe niż obligacji niemieckich i niższe niż obligacji polskich.

Teraz jednak sytuacja jest inna. Kryzys dodał do europejskiego długu setki miliardów euro. Gdyby nie "więzy Odysa", gdyby kraje miały swoje własne waluty, wierzyciele nigdy nie zgodziliby się pożyczyć im tak wielkich sum lub żądaliby wysokich odsetek, które zmuszałyby rządy do cięcia wydatków.

Odsztywnić euro

Suwerenna waluta to sposób na narastającą nierównowagę. Jeśli gospodarka kraju słabnie, dewaluacja daje jej nowy impuls. Wspólna waluta usztywnia gospodarki. Prosty przykład - ogromny napływ kapitału do Irlandii w ostatnich kilkunastu latach przyczynił się do szybkiego rozwoju tego kraju, a jednocześnie spowodował wzrost kosztów pracy. Gdy przyszedł kryzys, okazało się, że są za wysokie, by gospodarka była konkurencyjna na rynkach europejskich. Gdyby Irlandia mogła zdewaluować walutę, koszty pracy (w relacji do innych krajów) spadłyby i równowaga zostałaby przywrócona. Ale euro uniemożliwia ten prosty manewr. Irlandia, aby wyjść z kryzysu, zdecydowała się na cięcia płac w sektorze publicznym.

Podobnie stało się w trzech małych krajach bałtyckich, które nie mają wprawdzie euro, ale kurs ich walut jest sztywny.

Obniżki płac to jednak problem polityczny i społeczny. Rząd Hiszpanii zapowiedział zamrożenie płac w budżetówce, co już nie podoba się związkowcom.

Czy rządowi Grecji uda się odsztywnić płace, zlikwidować rozdęte przywileje socjalne, ustabilizować finanse publiczne? Grecja doskonale nadaje się na królika doświadczalnego unijnych procedur. Jeżeli program naprawczy nie zostanie wprowadzony, los Grecji będzie w rękach Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli bank odmówi przyjmowania obligacji w zastaw, kraj ogłosi niewypłacalność i pogrąży się w chaosie. Greccy politycy i wyborcy dostaną nauczkę. Jeżeli jednak Unia po raz kolejny przymknie oko na greckie uniki, rynki finansowe dostaną sygnał, że "więzy Odysa" są tylko papierowymi sznurkami.

Niedomknięty projekt

Paul Krugman w tekście opublikowanym 14 lutego w "New York Timesie" "Making of Euromess" wyraża przekonanie, że Europa zbyt wcześnie wprowadziła wspólną walutę. "To usztywnienie gospodarek poprzez euro, a nie problem deficytów, leży u podstaw kryzysu" - pisze.

Krugman zestawia Hiszpanię, przeżywającą kryzys równie ciężki jak Grecja, z Florydą. I tu, i tam był boom mieszkaniowy - ludzie kupowali domy między innymi z uwagi na dobry klimat. Gdy bańka mieszkaniowa pękła, budownictwo i związane z nią przemysły znalazły się w głębokim dołku. Jednak Floryda jest częścią Stanów Zjednoczonych i jej wydatki publiczne (np. świadczenia socjalne, zdrowotne itd.) są w dużej mierze finansowane z Waszyngtonu. A Hiszpania w kryzysie musi polegać na sobie. Recesja i bezrobocie doprowadziły do 12-procentowego deficytu i rząd, który wcześniej prowadził dość rozsądną politykę budżetową (dług Hiszpanii w roku 2008 wynosił ok. 40 proc. PKB), musi ciąć wydatki.

Amerykański noblista jest zdania, że nie doszłoby do takiej sytuacji, gdyby Europa miała nie tylko wspólną politykę pieniężną, ale też budżetową, podatkową i socjalną. Krótko mówiąc, gdyby stała się państwem federalnym na wzór Stanów Zjednoczonych.

Argumenty Krugmana nie są pozbawione racji. Wprowadzenie wspólnej waluty bez efektywnych mechanizmów koordynowania innych obszarów polityki gospodarczej było ryzykowne i dziś kilka krajów ponosi tego koszty. Ale motywy integracji europejskiej były przede wszystkim polityczne, nie ekonomiczne. "Niedomknięcie" projektu Wspólnoty Węgla i Stali, Wspólnoty Gospodarczej, Unii Europejskiej, wspólnej waluty stwarzało i stwarza problemy, a jednocześnie skłania do dalszej integracji. Poza Europą kilka innych obszarów od dawna przymierza się do utworzenia wspólnej waluty. Taka strefa miała powstać w krajach Zatoki Arabskiej, ale tam każdy władca chce, by bank centralny strefy był w jego kraju.

Przewaga Europy nad resztą świata polega na umiejętności zawierania kompromisów. Czasami "zgniłych", ale na jakiś czas wystarczających.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':