Trzech samobójców zaatakowało wczoraj Bakubę, stolicę prowincji na północ od Bagdadu. Dwaj zdetonowali się rano przed urzędem miejskim i na gwarnej ulicy, trzeci - w szpitalu, do którego przewożono rannych z pierwszych dwóch wybuchów. Zginęły przynajmniej 33 osoby, a rannych jest ponad 60. W mieście wprowadzono stan wyjątkowy.
- Terroryści próbują wystraszyć ludzi przed niedzielnym głosowaniem - mówi rząd premiera Nuriego Malikiego. Rzeczywiście, w ostatnią niedzielę wirtualny szef Al-Kaidy w Iraku Abu Omar Al-Bagdadi w internetowym oświadczeniu wypowiedział wyborom wojnę. Wprawdzie Amerykanie wątpią w istnienie Al-Bagdadiego, ale sunniccy terroryści, którzy próbują się ukryć za tą wyimaginowaną postacią, są realni i bardzo groźni.
W lutym w całym Iraku zginęło prawie 400 osób, czyli prawie dwa razy więcej niż w styczniu. Dochodziło do aktów niesłychanego barbarzyństwa, np. na południe od Bagdadu nieznani sprawcy zamordowali siedmioosobową szyicką rodzinę, obcinając rodzicom i dzieciom głowy.
Wielu obserwatorów uważa, że winni wzrostu napięcia są nie tylko terroryści, ale Komisja ds. Odpowiedzialności i Sprawiedliwości, czyli iracka wersja polskiego
IPN-u. W styczniu Komisja, której zadaniem jest tropienie i karanie funkcjonariuszy saddamowej partii Baas, wykreśliła z list wyborczych 513 kandydatów związanych z dawnym reżimem.
Wśród wykluczonych znalazł się m.in. Saleh Mutlak, najpopularniejszy obecnie polityk wśród irackich sunnitów. Należał on do partii Baas, podobnie jak setki tysięcy, jeśli nie miliony, Irakijczyków (dokładna liczba członków nie jest znana, bo po wojnie zaginęły teczki personalne partii). Sunnici są wykluczeniem Mutlaka oburzeni.
Kwestia rozliczeń z przeszłością prześladuje i dzieli Irakijczyków od obalenia Saddama. W maju 2003 r. pierwszy amerykański namiestnik Iraku Paul Bremer wydał dwa osławione dekrety, które, zdaniem niektórych, stały się przyczyną większości nieszczęść, jakie potem spadły na ten kraj. Pierwszy dekret rozwiązywał iracką armię i policję, drugi - zakazywał wyższym członkom partii Baas pracy w urzędach i szkołach.
Wykluczeni z życia publicznego i bezrobotni baasiści zaczęli organizować się w grupach rebelianckich, które walczyły najpierw z Amerykanami, a potem przystąpiły do wyrzynania irackich szyitów, za Saddama prześladowanych, ale po jego obaleniu uprzywilejowanych z tego prostego powodu, że stanowią większość mieszkańców kraju.
W konstytucji przyjętej w referendum w 2005 r. partia Baas została uznana za organizację zbrodniczą, a jej symbole zakazane. Jednak stopniowo łagodzono restrykcje Bremera - dziś wykluczeni z życia publicznego są tylko baasiści należący do pięciu najwyższych stopni wtajemniczenia w partii (była ona zorganizowana i uszeregowana jak wojsko: najniżsi rangą byli "sympatycy", potem następowali m.in. "kandydaci", "członkowie początkujący", "członkowie aktywni", "liderzy grup", "kierownicy sekcji", "kierownicy regionu" i "kierownicy narodu arabskiego"; stopni było w sumie 12).
Z biegiem lat sami Amerykanie całkowicie zmienili front i nalegali na kolejne irackie rządy, by zajęły się narodowym pojednaniem, a nie rozliczeniami. Przeciw irackiej grubej kresce protestował zaś dawny sojusznik Amerykanów, szyita Ahmad Szalabi, który przed wojną dostarczał ekipie George'a Busha fałszywych dowodów na istnienie broni masowego rażenia Saddama, a dziś przewodniczy Komisji ds. Odpowiedzialności i Sprawiedliwości. Stoi on na pryncypialnym stanowisku, że zbrodnie muszą zostać ukarane bez względu na konsekwencje dla żyjących.
Premier Maliki, choć również szyita, wydawał się być pragmatykiem, który rezygnuje z rozliczenia przeszłości w imię wspólnej przyszłości. Unikał rozróżniania Irakijczyków na szyitów, sunnitów czy Kurdów, wspominał zawsze o jednym narodzie, co przysparzało mu wielu zwolenników. Dlatego pewną niespodzianką było jego poparcie wyborczego wyroku Komisji.
Sunnici uważają, że Maliki po prostu chce wyeliminować politycznych rywali. W szyickich prowincjach powstają już regionalne komisje lustracyjne, które mają wycinać baasistów z władz lokalnych. Podobno ten "oddolny ruch" jest inspirowany ze szczytów władzy, ale premier temu zaprzecza. Zapowiedział wręcz, że po wygranej w wyborach przywróci do służby 20 tys. oficerów armii Saddama, co unieważniłoby dotychczasowe rachunki krzywd, bowiem większość oficerów o czystych rękach już do służby powróciła.
Powracające rozliczenia dotyczą nie tylko partii Baas: w lutym sąd niespodziewanie wznowił nakaz aresztowania Muktady As-Sadra, szyickiego watażki, który po obaleniu Saddama wywołał dwa powstania przeciw Amerykanom i stał się ludowym bohaterem szyickiej biedoty.
Kiedyś oskarżany był o zabójstwo ajatollaha Choja, ważnego szyickiego duchownego, ale nakaz aresztowania po cichu wycofano, kiedy zgodził się na rozejm z Amerykanami. Przed wyborami nakaz znów się jednak pojawił, choć niemożliwe, by potężnego As-Sadra ktoś odważył się naprawdę aresztować. Jako potomek najsłynniejszej w Iraku rodziny ajatollahów wymordowanych przez Saddama, pozostanie on ważną postacią w irackiej polityce.
Do przedwyborczych sporów sunnicko-szyickich i szyicko-szyickich dodać należy nieustającą awanturę Arabów z Kurdami na północy Iraku. Kurdowie już dawno przekształcili swój autonomiczny region w praktycznie niezależne państewko, które bez pozwolenia Bagdadu wydaje zagranicznym koncernom koncesje na poszukiwanie i wydobycie ropy. Teraz państewko to ma nadzieję na ekspansję - chce przyłączyć bogaty w ropę Kirkuk, a nawet okolice Mosulu. Kilka dni temu prezydent kurdyjskiej autonomii Masud Barzani groził, że wyda nakaz aresztowania gubernatora Mosulu.
- Kampania przed wyborami pokazała, że w popiele, który został po ognisku straszliwej wojny domowej z lat 2005-07, wciąż wiele jest rozżarzonych węgli, którymi wszyscy możemy się poparzyć - mówi iracki deputowany Salam al-Dziburi.