Dziś na pierwszej stronie aż dwa śmieszne doniesienia. "Liberalizm przetrwa, jeśli obywatele będą kontrolować regulacje prawne Brukseli" - czytamy w artykule otwarciowym, ilustrowanym zdjęciem uśmiechniętego Leszka Balcerowicza przytulonego do redaktora naczelnego "Rzepy", Pawła Lisickiego.
Trudno się nie zgodzić z ogólnie słuszną tezą - ale o jakich "obywateli" chodzi tu "Rzeczpospolitej"? Gazeta podsuwa jeden przykład brukselskiego ucisku: "Brytyjczycy toczą pojedynki z protekcjonistycznie nastawionym Michelem Barnierem, francuskim komisarzem odpowiedzialnym za rynek wewnętrzny. Gdy kilka miesięcy temu przedstawicielowi Francji obiecano tę tekę w komisji, kluczową dla liberalizacji unijnej gospodarki, londyńskie City było przerażone. Świat finansów obawiał się, że pod pretekstem walki z kryzysem gospodarczym Barnier zaproponuje więcej regulacji i więcej wsparcia dla narodowych przedsiębiorstw".
Ha! Dobrze, że tę sprawę sobie wyjaśniliśmy: czytamy "obywatele", myślimy "londyńskie City" i "świat finansów". Byłoby pewnie nietaktem przypomnieć (czego "Rzepa" nie robi), że to właśnie ci "obywatele" są bezpośrednio odpowiedzialni za gigantyczną bańkę spekulacyjną na rynku nieruchomości, której załamanie wpędziło gospodarkę brytyjską w najgłębszy kryzys od dziesięcioleci. Do grudnia 2009 r. (według danych Marketwatch.com) rząd brytyjski wydał na ratowanie banków ponad 850 mld funtów. Płynących, a jakże, z kieszeni Brytyjczyków. Czy przypadkiem nie było to "wsparcie dla narodowych przedsiębiorstw", którego liberałowie tak nie lubią?
Dzięki tej pachnącej niedobrym socjalizmem kuracji banki zostały uratowane od katastrofy. Nie minęło wiele czasu i przypomniały sobie, jak wielką wartością jest swoboda wolnego rynku.
Socjalizm dla bankierów, liberalizm dla ich klientów. Śmieszne, prawda? Bo hipokryzja w takich dawkach jest tylko śmieszna. "Liberalizm przetrwa, jeśli obywatele będą kontrolować regulacje Brukseli" - pisze, przypomnę, "Rzeczpospolita". Zmieńmy tu jedno słowo, żeby było zgodnie z tekstem: "Liberalizm przetrwa, jeśli biznes będzie kontrolować regulacje Brukseli". Tak jest bardziej precyzyjnie.
Regulacje działalności banków nie są w ich interesie, bo ograniczają ich swobodę zarabiania pieniędzy. Mogą jednak być natomiast w interesie ich klientów i podatników - którzy, w ostatecznym rozrachunku, za ryzykowne operacje bankierów płacą.
***
Druga wesoła informacja w "Rzeczpospolitej": "Gej wygrał z Polską" (to tytuł na pierwszej stronie) oraz "Homoseksualista wygrał z Polską" (to tytuł na stronie A4). Co ten gej wygrał z naszą biedną Ojczyzną? Trybunał w Strasburgu uznał prawo do dziedziczenia lokalu komunalnego po homoseksualnym partnerze, którego odmówiły Piotrowi Kozakowi ze Szczecina polskie urzędy i sądy. Trybunał uznał, że narusza to konwencję praw człowieka i podstawowych wolności.
Czytajmy: "Sąd Rejonowy uznał, że mężczyzna nie ma prawa do mieszkania. A w wyroku zaznaczył, że przysługiwałoby ono parom heteroseksualnym żyjącym w konkubinacie. A polskie prawo - jak zauważył - nie uznaje związków osób tej samej płci."
W grę wchodziły również inne względy: "Były wątpliwości, czy Piotr Kozak rzeczywiście współzamieszkiwał ze zmarłym partnerem przez cały ten czas" - mówi "Rzepie" szczeciński urzędnik.
Jaki wniosek wyciąga z tych dwóch przesłanek "Rzeczpospolita"?
"Wszystko wskazuje na to, że wątek orientacji seksualnej nie przesądził o odmowie."
Podoba mi się ten sposób rozumowania. Można go twórczo rozwinąć i stosować także w innych sytuacjach. Np. "Wszystko wskazuje na to, że o pobiciu Iksińskiego nie przesądził fakt, że jest (Żydem, Cyganem, gejem, odmieńcem - niepotrzebne skreślić), tylko dlatego, że szedł złą stroną ulicy, chociaż bijący wyzywali go od (Żydów, Cyganów, gejów, odmieńców - niepotrzebne skreślić)".
Zabawne, prawda?
***
W "Polsce The Times" nestor polskiego dziennikarstwa Stefan Bratkowski tłumaczy, dlaczego nie przeczytał i nie przeczyta książki Artura Domosławskiego o Kapuścińskim, ale mimo to ma na jej temat wyrobione zdanie. (To już, niestety, wcale nie jest śmieszne.) "Kąsanie bezbronnych umarłych to satysfakcja hieny" - mówi Bratkowski, który - powtórzmy to - książki nie czytał i nie ma takiego zamiaru.
Jak więc powinno się pisać o wielkich Polakach?
Bratkowski: "Po prostu pisać uczciwie prawdę. W medycynie jest żelazna zasada: primum non nocere, po pierwsze nie szkodzić. W naszym zawodzie jest też prosta zasada: nie krzywdzić poza sytuacją, kiedy interes publiczny wymaga takiego skrzywdzenia. W tej sytuacji, uważam, nie było takiego interesu publicznego".
Otóż nie: oczywiste, że taki interes był. Jeżeli biograf ma uzasadnione podejrzenia, że jego bohater - sławny reporter - był na bakier z faktami, o których pisał, ma święty obowiązek przedstawić to w biografii. I leży to jak najbardziej w publicznym interesie!
Bratkowski mówi, że Domosławski zachował się nielojalnie wobec swojego bohatera - z którym przez dziesięć lat się przyjaźnił. Osobliwe to wyobrażenie lojalności, ale zostawmy to na boku. To nie jest wcale taka prosta sprawa: przecież autor powinien być także lojalny wobec swoich czytelników! Mamy tu nie jedno, ale dwa moralne zobowiązania, które wchodzą ze sobą w konflikt. Domosławski rozwiązał go w sposób, który Bratkowskiemu nie odpowiada. To jednak nie powód, żeby odmawiać mu jakiekolwiek moralnej racji - a tym bardziej zagłębiać się w jego motywacje i insynuować, że zachował się jak hiena.
Zwłaszcza, kiedy książki się nie czytało.
Źródło: Gazeta Wyborcza