http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Śmieci kontra wolny rynek

Artur Włodarski
2010-03-03, ostatnia aktualizacja 2010-03-02 22:55

Artur Włodarski
Artur Włodarski
Fot. Gazeta

Wczoraj opisaliśmy pomysł ministra środowiska Andrzeja Kraszewskiego, by właścicielami odpadów byli nie mieszkańcy, lecz gminy. Pozornie idea jest bez sensu. Godzi wszak w gospodarkę rynkową - skoro każdy mieszkaniec może podpisać umowę z inną firmą wywozową, te powinny konkurować ze sobą ceną i jakością usług.

Niewidzialna ręka rynku robi wszystko szybciej, taniej i dokładniej. Tak jak tysiące mrówek lepiej upora się z padliną niż kilka sępów.

W przypadku śmieci to jednak nie działa. Polska to prócz Węgier jedyne państwo w Europie, gdzie branżą odpadową para się mrowie firm. Warszawę obsługują 103 firmy wywozowe. Paryż mniej niż pięć. Skutek? Nad Sekwaną większym problemem są psie kupy niż walające się pod nogami śmieci. U nas to te ostatnie walają się po trawnikach, zalegają w lasach i na brzegach rzek.

Działa to w ten sposób: ponieważ firm wywozowych jest dużo, ich tereny łowieckie się pokrywają. Dlatego by napełnić metalowe trzewia, śmieciarka musi się najeździć. By się wypróżnić - również, bo w miastach nie ma wysypisk. Te, które były blisko, są już prawie pełne. Trzeba wozić śmieci dalej. To wszystko kosztuje.

Worki można wyrzucić bliżej: w żwirowniach, wąwozach, lasach, na terenach opuszczonych zakładów czy prywatnych posesji. Wtedy odpada też opłata składowiskowa, więc oszczędność jest podwójna. To oczywiście nielegalne, ale im więcej firm, tym trudniej je skontrolować. A rynek nagradza ryzyko, bo obniżając koszty, można obniżyć ceny i podebrać klientów firmie, która prawa nie łamie.

I tak po roku nie sposób doliczyć się jednej piątej krajowych śmieci, czyli ponad 2 mln ton. Nie ma ich w statystykach. Ot, wyparowały.

Pomysł ministerstwa może temu zaradzić, bo uprości system. Zresztą są na to przykłady. W Pszczynie właścicielem odpadów jest właśnie gmina, a odbiera je tylko jedna firma. I liczy sobie za to jedną, zryczałtowaną stawkę. Efekty? O 15 proc. spadły rachunki za odbiór śmieci, 30-krotnie zwiększyła się ilość posegregowanych odpadów. A ponieważ przy okazji o jedną trzecią wzrosła ilość śmieci niesegregowanych, widać, jak rozpowszechnione było utylizowanie ich we własnym zakresie (wyrzucanie do lasu, zostawianie przy drodze, spalanie w domowym piecu). Opłaca się mieszkańcom, bo mniej płacą. Gminie - zyskuje pieniądze na duże inwestycje odpadowe (np. zakłady utylizacji). Firmom odbierającym odpady - bo mają dużą grupę stałych odbiorców w jednym miejscu i nie muszą jeździć kilometrami po jeden worek. Proste i skuteczne. Choć mało rynkowe.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów