Ból Setki tysięcy Haitańczyków od dwóch miesięcy walczą o życie.
- Tam był oddział położniczy i pediatria - Luc Beaucourt, belgijski doktor ze Szpitala Uniwersyteckiego w Antwerpii, wskazuje na piętrzące się nieopodal rumowisko. - Niektórzy zdołali uciec, ale pod gruzami wciąż leży jakieś 50 ciał, głównie matki z dziećmi.
Jest południe, żar leje się z nieba. W powietrzu unosi się ciężki zapach gnijących ciał. Latają tysiące much. Są tłuste, jedzenia im nie brakuje. Od trzęsienia ziemi minęło 12 dni.
Siedzimy na dachu Szpitala św. Franciszka Salezego, w centrum Port-au-Prince. Doktor
Beaucourt rozkłada się na krzywym szpitalnym łóżku, korzysta z okazji, by złapać oddech pomiędzy kolejnymi operacjami. Od lat jeździ po świecie ze swoim zespołem: Bałkany,
Afganistan,
Indonezja, Nowy Orlean - to tylko skromny wycinek jego portfolio. Tacy ludzie nie pękają.
- Wpadł do nas lekarz ze Stanów - opowiada z uśmiechem, skręcając papierosa. - Gość wsiadł do prywatnego samolotu na Florydzie, po godzinie był w naszym szpitalu, w eskorcie marines, wystrojony, jakby wizytował swoją klinikę. Porobił sobie zdjęcia z kilkoma pacjentami i wziął na stół chłopca z otwartą raną nogi. A potem przeprowadził najgorszą operację, jaką w życiu widziałem, zrobił z tego dziecka kalekę. Powiedział jeszcze, że przyśle tu swój zespół, że nas tu nie potrzebują i żebyśmy znaleźli sobie inny szpital. I tyle go widzieliśmy, kontakt się urwał. To było tydzień temu.
Beaucourt rzuca okiem na pobliskie gruzy oddziału położniczego.
- Trzeba by się tam przejść, może coś ocalało - mruczy pod nosem.
Belgowie do Port-au-Prince dotarli jako jedni z pierwszych. Początkowo leczyli na ulicach: tamowali krwotoki, nastawiali złamania, szyli, amputowali. Do tego, co zostało ze Szpitala św. Franciszka Salezego, trafili po kilku dniach, w nielicznych ocalałych budynkach zorganizowali salę operacyjną i rentgen.Siedmiu lekarzy przeprowadzało 12 operacji dziennie, aż skończyły się leki.
- Wielu obiecywało nam pomoc, ale dopiero Polacy przywieźli to, czego potrzebowaliśmy - ciągnie z uśmiechem Beaucourt. - Dzięki nim możemy znowu operować.
Polscy ratownicy mieli wracać wczoraj do kraju, ale zepsuł się samolot. Wśród ruin nie mają czego szukać, głosy spod gruzów umilkły już dawno. Ostatnie chwile w Port-au-Prince poświęcają na pomoc Szpitalowi św. Franciszka - opatrują lżej rannych, rozdają resztki zapasów i leków.
- Widzicie tę dziewczynkę? - jeden z żołnierzy BOR-u przydzielonych do ochrony ratowników pokazuje leżące nieopodal dziecko z zabandażowaną nogą. - Straciła całą najbliższą rodzinę. Wczoraj przywieźliśmy jej jedzenie, wodę i leki. Był z nią wujek. Dziś wujka nie ma, nie ma też rzeczy, które jej daliśmy. Paranoja!
Osierocona dziewczynka jest jedną z rannych, którzy znaleźli azyl w prowadzonym przez Belgów szpitalu. Leżą na dziedzińcu, na wyniesionych z gruzów łóżkach i materacach. Niektórzy jęczą, inni płaczą, większość jednak milczy, odrętwiała z bólu i upału.
Pacjentów przybywa z dnia na dzień.
Dziesięcioletniego chłopca z rozciętą stopą do szpitala przynosi ojciec.
- Otworzymy ranę i ją oczyścimy - ocenia Beaucourt. - Ale nie wygląda to dobrze, wdała się infekcja.
Belgowie dezynfekują i bandażują ranę, nazajutrz muszą powtórzyć cały rytuał. I tak przez kilka dni i nocy, a chłopiec płacze i krzyczy, coraz bardziej ochryple. Beaucourt pali papierosa za papierosem.
Nogi nie udaje się uratować.
Noce nie przynoszą wytchnienia. Wiatr cichnie, a spod gruzów zaczyna unosić się ciężki trupi odór. Przyciągnięte zapachem krwi i potu moskity spędzają chorym sen z powiek, ukąszenia swędzą i szczypią. Pozostaje opatulić się szczelnie prześcieradłem, które błyskawicznie robi się mokre od potu.