W Legnicy jest mogiła rosyjskiej Julii, co "zabiła się z miłości" do polskiego Romea. To ona jest pierwowzorem Wiery, bohaterki "Małej Moskwy". - Jej historię opowiedziała mi moja mama. Raptem kilka zdań, raczej legenda niż fakty. Resztę trzeba było wymyślić, zapleść akcję, napisać normalny scenariusz. Od początku nie chciałem odszukiwać bohaterów tamtych wydarzeń, uznałem, że może to być jeszcze zbyt bolesne. Jakie mam prawo żądać od nich przypominania sobie tamtych emocji? W końcu film nie jest najważniejszy na świecie! Mimo to w Rosji "Mała Moskwa" jest odbierana niemal jak dokument o tamtych latach. Nawet się dziwili, że nikt u nich nie zrobił takiego filmu.
Ponoć niedawno odezwał się syn Lidii Nowikowej, pierwowzoru Wiery. - Mieszka w Mińsku, na Białorusi. Dopiero z filmu dowiedział się o kulcie otaczającym w Legnicy grób jego matki. Napisał list do prezydenta miasta, chciałby znaleźć świadków wydarzeń, bo w chwili śmierci matki miał osiem lat. Prezydent Tadeusz Krzakowski zaprosił Nowikowa oraz mnie na spotkanie do Legnicy. Niektórzy spodziewają się, że odezwie się również Polak, trzecia postać w trójkącie...
Legnica twego dzieciństwa to stutysięczne miasto, w którym stacjonuje 60 tysięcy Sowietów. Największe skupisko wojska radzieckiego poza ZSRR. - To był cel strategiczny na wszystkich mapach NATO. W Legnicy funkcjonowały dwa lotniska wojskowe, był jeden z najdłuższych pasów startowych Europy. 36 schronów przeciwatomowych dla MIG-ów najnowszej generacji i ani jednego dla ludzi. Pokazujemy te schrony na początku filmu - same drzwi przesuwane miały metr dziesięć grubości. Wiadomo było, że w wypadku wojny z Zachodem pierwsze, co będzie zniszczone, to Legnica. Dlatego w mieście nie było żadnych inwestycji, nie naprawiano dróg. Pamiętam, że malowaliśmy latem mieszkanie i przyjechała do nas ciocia z Tarnowa. "Po co się męczycie, przecież was Zachód zbombarduje albo wrócą
Niemcy i wszystko odbiorą". To było powszechne.
Opowiadasz w filmie historię sprzed ponad 40 lat, ale do dziś rodzina samobójczyni nie wie, co się naprawdę stało. - Ja też nie wiem, dlatego daję własną interpretację losu bohaterki. Garnizon radziecki w Legnicy otoczony był murem i drutem kolczastym. Nawet jeśli ktoś z nich spowodował wypadek, potrącił samochodem pieszego - śledztwo urywało się na murze. W roku 1958 powołano nawet komisję polsko-radziecką, żeby w razie czego regulowała sporne sprawy. Tyle że w archiwum tej komisji nie ma ani jednego wpisu. A przecież na własne oczy widziałem... Wracałem ze szkoły, na rogu stał radziecki szeregowiec, pewnie uciekł z warty na polską stronę. "Ludi, pomnitie mienia, ludzie, pamiętajcie o mnie!" - krzyczał. I się zastrzelił. Przyjechała milicja, zawiadomiła garnizon, zabrali ciało, posypali piaskiem krew. Pytaliśmy potem znajomych Rosjan, co się stało. Nic nie wiedzieli. Pewnie zapisano to jako wypadek na poligonie. Dla nastoletniego chłopaka, który widzi, jak człowiek odstrzelił sobie głowę, było to jednak traumatyczne przeżycie.
Mieszkałeś z rodzicami niedaleko muru. - Nasza ulica Podchorążych wychodziła z Okrężnej, a na końcu Okrężnej były mury, wartownia i brama. Wjeżdżały tam samochody wojskowe, autobusami wożono dzieci do szkół. Kontakt tylko przez szybę, oficjalnie oni nigdzie nie mogli wyjść. Nieoficjalnie były i wspólne zabawy, i wspólne draki. Kiedyś wróciłem do domu z siniakiem pod okiem i mówię mamie, że laliśmy się z kacapami. "Nie mówcie kacapy, to są tacy sami ludzie jak my" - powiedziała mama. Rosjanki przynosiły mamie jakieś rzeczy do sprzedania, dużo opowiadały, współczuła im. Z czasem ja też zrozumiałem, że nasi okupanci sami żyli w okupacji: śledzeni przez KGB, zastraszeni, zamknięci.
Legalnie spotykano się tylko na obchodach rewolucji październikowej. - Pod pomnik Przyjaźni na placu Słowiańskim spędzano wszystkie szkoły, była delegacja uczniów radzieckich, akademia i koncert. Kamienne postaci: żołnierz polski, radziecki i dziecko, weszły do anegdoty jako pierwszy w Europie pomnik homoseksualistów z adopcją w planie. W moich latach licealnych Rosjanie odważali się już przebierać w cywilne ciuchy i w barze Wiarus pili z Polakami. Wypominano sobie historyczne urazy, dochodziło do konfliktów i bójek.
Jeździłam z rodzicami i bratem do NRD i zawsze w okolicach Legnicy zamiast grzybów przy szosie sprzedawano złoto. - Handel polsko-ruski rozwinął się w drugiej połowie lat 60. i w latach 70. Były dwa rynki, gdzie coś tam wykładano na stołach, ale prawdziwy towar, pomierzony, zważony, na sztuki i hurtem, ukrywano w spodniach, pod płaszczem, na zapleczu. Myślę, że przez Legnicę przeszły tony złota, brylanty, aparaty fotograficzne, zegarki. Rosjanie przywozili, co się dało, i dawali Polakom na sprzedaż.
Co kupowali? - Kaszę, mąkę, wełnę w motkach i posyłali w Sowieckij Sojuz. Byłem zdumiony: na lekcjach uczę się, że latają w kosmos, pierwsze miejsce w produkcji stali, za chwilę dogonią i przegonią Amerykę, a tu obywatele imperium proszą, żeby im kupić worek kaszy. Obraz wykutego z jednej bryły kacapa zaczął mi się kruszyć. Jednocześnie trafiłem na powieści Jurija Trifonowa, które dopełniły mi rysunek psychologiczny ludzi zza muru.
Trifonow pisał o moskiewskiej inteligencji. - Ale atmosfera strachu była ta sama. I nawyk, że o poważnych sprawach nie rozmawia się w mieszkaniu, bo może być podsłuch albo doniosą sąsiedzi. My szliśmy do domu, żeby spokojnie pogadać. Oni wychodzili rozmawiać na ulicę! I to tak, aby inni Rosjanie o tym nie wiedzieli, nawet ich przyjaciele. Bo KGB mogło złamać przyjaciół, tak jak w filmie zmusiło Ormian do zdrady Wiery. To był taki system, wiedziałem to i widziałem, nie musiałem w scenariuszu dużo wymyślać. I historia zakochanej Rosjanki zdarzyła się naprawdę, i chrzest ormiański, i skuwanie czerwonej gwiazdy z grobu dziecka w latach 90.
Jak wyglądało twoje dzieciństwo w poniemieckiej, polsko-radzieckiej Legnicy? - Dzieliliśmy się na Polaków i Niemców i bawiliśmy się w wojnę. Co jakiś czas szło się z grabiami i wyławiało z zamulonych rzek i stawów broń. Pistoletów było tyle, że w ogóle nie miały dla nas wartości. Pancerfaust - o, to było coś. Raz wyciągnąłem długi belgijski sztucer z lunetą, kolba była trochę nadżarta. Spotkał nas znajomy kapitan, zapalony myśliwy, i mówi: "Waldek, a nie sprzedałbyś mi?". Zażądałem najwyższej ceny: dziesięciu dropsów miętowych (długich) po złoty dziesięć za opakowanie, czyli całych 11 złotych.