Szesnaście lat - dokładnie tyle gitarzysta i lider Lady Pank nie nagrywał solo pod pseudonimem Jan Bo. Skoro jednak do niego wrócił i wydał kolejną płytę, do czegoś to zobowiązuje - "Miya" przypomina, że Jan Borysewicz to nie tylko kompozytor zgrabnych radiowych piosenek, ale i bardzo ciekawy gitarzysta rockowy w Polsce. Od riffów kojarzących się z Hendriksem czy Led Zeppelin ("Masz się bać", "Niech wiruje świat"), przez ciężki rock, ba, prawie metal ("Dla Kuby i Pilicha"), klimat płyt Joe Satrianiego czy Steviego Vaia ("Miya") aż po jazz rock ("Spacer z lwami") czy nawet dynamiczny soul ("Pajacyk") - Borysewicz swobodnie skacze po stylistykach i gitarowych technikach.
I nie jest to tylko sztuka dla sztuki, bo potrafi skutecznie unikać popełnianego przez większość gitarzystów grzechu narcyzmu - pamięta nie tylko o instrumentalnych popisach, ale i o fajnych melodiach ("Wyspa", "Miłości żar"). Coś mi jednak w tym albumie przeszkadza. Niby brzmienie gitary jest ponadczasowe, a dobre riffy nigdy nie rdzewieją. Jednak w kontekście tego, co dzieje się w muzyce w ostatnich latach, "Miya" to tylko muzyka dla najbardziej zagorzałych zwolenników takiego grania.