67-letnia pani Agathe mieszkała w Courcouronnes pod Paryżem od 1998 r. - po ucieczce z Ruandy w 1994 r. i czteroletniej tułaczce po Zairze, Gabonie i Kenii. Z ruandyjskiej stolicy Kigali wywieźli ją francuscy komandosi, gdy w mieście od trzech dni trwały już pogromy Tutsi.
Rzezie wybuchły nocą 6 kwietnia, gdy w zestrzelonym nad Kigali samolocie zginął prezydent kraju Juvenal Habyarimana wracający z negocjacji z partyzantami Tutsi. Miał im zezwolić na powrót do Ruandy z wygnania w Ugandzie oraz podzielić się władzą. Takie ustępstwa wymusili na Habyarimanie przedstawiciele ONZ. Ugoda miała położyć kres wojnom, jakie ludy Tutsi i Hutu toczą ze sobą od lat nie tylko w Ruandzie, ale i sąsiednim Burundi. W zestrzelonym nad Kigali samolocie wraz z Habyarimaną zginął też prezydent Burundi.
Pogromy Tutsi, które trwały w Ruandzie sto dni, pogrzebały szansę na pokój i przerodziły się w pierwszą od II wojny światowej zbrodnię ludobójstwa. Rządowe wojsko, a także popierające władze zbrojne bojówki Hutu wymordowały prawie milion Tutsi. Kres rzeziom położył dopiero zwycięski szturm na Kigali partyzantów Tutsi dowodzonych przez dzisiejszego prezydenta kraju Paula Kagame.
Oskarżana o zaplanowanie zbrodni Agathe Habyarimana zapewnia, że nie zajmowała się polityką, lecz prezydenckim domem i ogrodem. W rzeczywistości w Ruandzie rządził nie jej bezwolny mąż, lecz właśnie pani Agathe wraz ze swoim dworem składającym się z kuzynów i przyjaciół ani myślących układać się z Tutsi i dzielić z nimi władzą. To właśnie oni zaplanowali rozwiązanie ostateczne, jakim miała stać się zagłada Tutsi.
Ledwie pięć dni przed wtorkowym aresztowaniem Agathe Habyarimany z podróży do Ruandy wrócił francuski prezydent Nicolas Sarkozy. Afrykańska wyprawa miała położyć kres wrogości, jaka od 1994 r. panuje między oboma krajami. Paryż wspierał rządy Hutu i prezydenta Habyarimanę, szkolił mu wojsko i milicję, które później dokonały ludobójstwa. Francuzi pomogli też przywódcom Hutu uciec z Ruandy przed karą i zemstą Tutsi. Ci zaś, przejąwszy władzę w Kigali, od lat oskarżają Paryż o współudział w zbrodni.
Sarkozy, który jako pierwszy od 1994 r. francuski prezydent odwiedził Ruandę, mówił w Kigali o "błędach" i "zbrodniczej naturze rządów, jakie wspierała Francja". Gdy wrócił do kraju,
policja natychmiast aresztowała panią Habyarimanę.
Nie wiadomo, czy
Francja zdecyduje się wydać ją Ruandzie - jeszcze wczoraj Habyarimana wyszła na wolność po wpłaceniu kaucji. Władze z Kigali bardzo zabiegają, by winni ludobójstwa byli sądzeni właśnie w ruandyjskiej stolicy, a nie przed powołanym przez ONZ międzynarodowym trybunałem w Aruszy w Tanzanii. Ruanda zniosła nawet karę śmierci, by zachęcić Zachód do wydawania jej zbiegów.
Francja aresztowała dotąd trzech Ruandyjczyków ściganych za ludobójstwo. Wszystkich wydano trybunałowi w Aruszy.