http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chile wciąż liczy zabitych

Tomasz Surdel, Buenos Aires
2010-03-02, ostatnia aktualizacja 2010-03-01 19:37

Oficjalna liczba zabitych w sobotnim trzęsieniu ziemi w Chile wzrosła wczoraj do 723. Władze przyznają jednak, że zaginionych ludzi są tysiące.

Najbardziej dramatyczna sytuacja panuje w Concepcion, którego ponadmilionowa aglomeracja jest trzecią największą w Chile i które w czasie sobotniego trzęsienia ziemi o sile aż 8,8 st. w skali Richtera znalazło się najbliżej epicentrum. Nie ma tam wody, prądu, a większość budynków jest zniszczona.

Zrozpaczeni mieszkańcy zaczęli rabować zamknięte sklepy w poszukiwaniu wody, żywności i środków czystości. Nie zabrakło jednak takich, którzy korzystając z chaotycznej sytuacji, okradali sklepy z elektroniką, a nawet próbowali rozpruwać bankomaty czy też przeszukiwać ruiny zniszczonych domów. W wielu miejscach mieszkańcy organizują się w komitety samoobrony, by chronić to, co pozostało, przed pozbawionymi skrupułów szabrownikami.

Lokalne władze ostrzegają, że choć w niektórych przypadkach tolerowane jest rozkradanie artykułów pierwszej potrzeby ze zniszczonych sklepów i magazynów, to mundurowi dostali rozkaz, by zdecydowanie rozprawiać się z tymi, którzy niszczą bądź kradną inne towary lub np. plądrują bloki mieszkalne. Pomóc w zaprowadzeniu porządku ma wojsko, które rząd w Santiago zdecydował się w końcu wysłać na ulice w najbardziej zniszczonych regionach, oraz godzina policyjna od 21 do 6 rano.

Władze kraju otwarcie przyznały wczoraj, że nie kontrolują jeszcze sytuacji na całym dotkniętym trzęsieniem ziemi olbrzymim terenie. Do wielu zniszczonych miast i miasteczek wciąż, 48 godzin po tragedii, nie dotarły żadne służby. Dziesiątki tysięcy Chilijczyków koczują tam wśród zgliszczy, spośród których na własną rękę próbują wydobyć cokolwiek do jedzenia.

Santiago oficjalnie w poniedziałek zaapelowało do wspólnoty międzynarodowej o przysłanie generatorów elektryczności oraz systemów komunikacji satelitarnej. Te ostatnie potrzebne są m.in. po to, by poznać wreszcie rzeczywisty rozmiar tragedii. Z powodu braku komunikacji dziesiątki tysięcy Chilijczyków nadal szukają swych bliskich.

Wraz z upływem godzin staje się też coraz bardziej jasne, jak wielkie szkody wyrządziło tsunami. Wiele leżących na wybrzeżu miast i miasteczek zostało wręcz zmytych przez ocean. W Constitucion, 25-tys. porcie, nie zostało dosłownie nic. W Dichato, popularnym nadmorskim kurorcie, fale zabrały 80 proc. budynków.

Niektórzy eksperci w Chile zaczynają podejrzewać, że tsunami zabiło w sobotę więcej osób niż samo trzęsienie ziemi. Na całe szczęście okazuje się, że większość mieszkańców wybrzeża, od małego uczonych, jak się zachowywać w przypadku trzęsienia ziemi, nie uwierzyła w oficjalne, błędne komunikaty o braku zagrożenia przez tsunami i mimo wszystko tuż po wstrząsach schroniła się na wzgórzach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':