Lekcje chińskiego. Dzieci rewolucji kulturalnej i dzisiejsze
Chiny John Pomfret
przeł. Jan Halbersztat
ushuaia.pl, Warszawa
"Studenci byli niezwykle chudzi - pisze Pomfret o swoich kolegach z Nankinu, gdzie przyjechał uczyć się chińskiego w 1980 r. - Paski od spodni zawijali dwa, czasem trzy razy wokół talii, która była jak u elfa".
Przyjechał do Chin niedługo po śmierci Mao. Otwierały się na świat po trwającej ćwierć wieku izolacji, właśnie nawiązały stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Bramy uniwersytetów zamkniętych w czasie rewolucji kulturalnej szturmował tłum spragnionych wiedzy. W 1977 r. na jedno miejsce przypadało 67 kandydatów. Miliony młodych wracało do miast ze wsi, gdzie zesłał ich Mao. Byli spragnieni wygód, cywilizacji, również seksu, ale też po prostu głodni. Pomfret obserwował, jak na stołówce pożerali zbyt małe porcje złej jakości ryżu z odrobiną warzyw.
W 1980 r. cudzoziemców jeszcze prawie w Chinach nie było. Sensację w akademiku budził wzrost i duży nos Pomfreta i to, że potrafi tańczyć. Za Mao dozwolony był tylko jeden taniec zwany tańcem lojalności - stąpanie i wyrzut rąk w górę.
Pomfret nie wiedział jeszcze, że zostanie reporterem, ale stanął na głowie, by go ulokowano z Chińczykami. Chciał dzielić ich życie. Oferowano mu akademik dla cudzoziemców, bardziej komfortowy. Uparł się i w końcu wylądował na dolnej pryczy z siódemką Chińczyków w wieku od 18 do 30 lat. Dziewczynie, z którą romansował w Nankinie, groził obóz.
Minęło ćwierć wieku. Ożeniony z Chinką Pomfret to już renomowany dziennikarz (w 1989 r. opisywał wydarzenia na Tiananmen dla AP, wydalony z Chin wrócił tam 12 lat temu jako korespondent "Washington Post"). Kolegów z akademika odszukał w 2004 r. na zjeździe absolwentów. Oni zaprosili go do swoich wygodnych mieszkań i do restauracji. On namówił ich, by opowiedzieli mu swoje historie, naturalnie po chińsku.
Lepiej niż góra statystyk oraz cytaty z ojca reform Deng Xiaopinga, te opowieści pokazują drogę, jaką przeszli Chińczycy. Bohaterowie Pomfreta poznali siermiężny komunizm i drapieżny kapitalizm. Głód i przesyt. Skrajny egalitaryzm i dzisiejsze ekstrema bogactwa i biedy. Są częścią często okrutnej modernizacji Chin. Żadnego pokolenia w historii nie poddano takiej presji. Jak to przeżyli?
Odpowiedzią może być chiński ideogram wyobrażający sztylet nad sercem. Oznacza on tyle co "przetrwać" czy "znieść" i mieści w sobie jedną z naczelnych chińskich zasad życiowych. Według niej postępuje jeden z bohaterów, historyk Stary Wu, któremu partia powierza w 2003 r. zredagowanie encyklopedycznego hasła o rewolucji kulturalnej. Pisze zgodnie ze wskazówkami cenzury, choć dobrze wie, jaka jest prawda, w rewolucji stracił oboje rodziców.
Otworzyli się przed Pomfretem, wierząc, że ich zrozumie. Napisał o nich inteligentnie i z empatią. A książka stała się światowym bestsellerem.
Jedną z najsympatyczniejszych jej postaci jest Książkowy Idiota Zhou, przezwany tak za młodu, bo pasjami czytał. Siedząc z Pomfretem nad wołowiną z ryżowym makaronem, opowiedział mu o pewnym dniu latem '66. W tamtym roku Mao wezwał młodych Chińczyków do oczyszczenia kraju z "niepożądanych czynników". Zhou pamięta, jak stał w kolejce na klepisku Zespołu Produkcyjnego nr 7 komuny ludowej Kuchnia Shen. Miał jedenaście lat. Kolejka posuwała się przy akompaniamencie suchych trzasków. Dochodziła do miejsca, w którym klęczała kobieta w średnim wieku. Z jej nosa i uszu sączyła się krew. Pamięta, że - podobnie jak inni - uderzył ją z rozmachem w twarz. Dziś tłumaczy, że realizował politykę partii. Kobieta na placu była wrogiem klasowym - kilka dni wcześniej jej syn bił się z innym chłopcem. Rozdzieliła walczących po matczynemu, wymierzając obu policzki. Ale ona pochodziła z "bogatych chłopów", a drugi chłopiec z rodziny "biednych chłopów". Oddział Czerwonej Gwardii dał jej nauczkę.
Przez następne kilka lat Zhou i inni chłopcy dewastowali świątynie, palili książki, wieszali za nogi i bili ludzi podejrzewanych o oddawanie czci bogom. Przyznał, że doniósł też na kobietę, która go wychowała jak syna. "Podobało mi się to" - mówi
Po 1968 r. czerwonogwardzistom, którzy już zrobili swoje, Mao nakazał jechać na wieś, by uczyli się życia od chłopów. Pojechał i Zhou. Wrócił po latach wyprany ze złudzeń. Po śmierci Mao udało mu się zdać na
studia, w połowie lat 80. wykładał marksizm. I założył własną firmę. Zajmowała się zbiórką uryny do ekstrakcji enzymów, składnika leku na serce. Jego pracownicy zbierali ją z publicznych szaletów.
A pozostali bohaterowie książki? Mała Guan, która w wieku 11 lat stała się wrogiem ludu, bo podtarła sobie pupę gazetą z artykułem o Mao. Wysłano ją do pracy na polu. Zbierała bawełnę i rozpylała środki owadobójcze, a jej plecy były poparzone chemikaliami wyciekającymi z dziurawego zbiornika. Dorastając w systemie, w którym ważne decyzje życiowe - kogo poślubić, gdzie zamieszkać - podejmowali przełożeni, miała własne priorytety. Odrzuciła przydzieloną jej przez partię dobrą posadę w Pekinie, bo ceną byłoby rozstanie z mężem. Działo się to w latach 80., kiedy Chińczyk, który wypadł z systemu, nie miał prawa do przydziałów kartkowych. Guan i jej mąż pojechali więc w głąb Chin. Sami szczęśliwi, stali się doradcami małżeńskimi innych par. W 1982 r. kupili swój pierwszy czarno-biały telewizor. Wybór szczęścia osobistego - to był jej mały bunt przeciwko biurokracji. Mała Guan odkryła radość seksu w kraju, gdzie nie było nawet słowa na orgazm (dziś już jest).
Miliony takich buntów rozepchały granice systemu i pomogły unowocześnić Chiny. Dziś partia przypisuje sobie zasługę modernizacji, w rzeczywistości często ustępowała po fakcie, a fakty stwarzali anonimowi ludzie z ich pragnieniem lepszego życia.
Innym wolność osobista nie wystarczała. Wśród kolegów Pomfreta jest dysydent Song Poranny Brzask. Zakochała się w nim włoska stypendystka, przy jej pomocy Song wyjechał z Chin. 1989 rok zastał go we Włoszech na czele marszu protestacyjnego pod ambasadą chińską. Po latach wrócił do ojczyzny. Ale przedtem musiał spełnić warunki służby bezpieczeństwa. Opublikował ogłoszenie w chińskiej gazecie emigracyjnej, wyrzekając się wszystkiego, co dotąd robił. Za zgodą partii pisze o piłce nożnej do lokalnej gazety.
Opowieść o Songu pozwala odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak niewiele zostało z milionowych protestów w 1989 r. Na emigracji demokraci skakali sobie do oczu. Chińscy intelektualiści od wieków aspirują do roli doradców władców, a nie opozycji.
"Lekcje chińskiego" obalają kilka mitów na temat Chin. Jeden z nich mówi, że to kraj 1,3 mld klonów. Bohaterowie Pomfreta to indywidualiści. A fakt, że większość życia przeżyli w ucisku, wcale nie oznacza, że to lubią.
Inny mit - o tym, że w '89 demonstracje ograniczyły się do Pekinu, że mało kto w Chinach o nich wiedział - szerzy rządowa propaganda. Rozmówcy Pomfreta, byli czerwonogwardziści, wzięli udział w protestach demokratycznych w odległych prowincjach. Miały miejsce w stu miastach.
Zhou poparł swoich studentów, ale gdy przegrali, złożył samokrytykę i zabrał się do rozkręcania interesów. Opowieść o tym, jak w latach 90. zbudował wielką firmę, to historia chińskiego cudu gospodarczego w pigułce. Krwiożerczego, działającego w otoczeniu pozbawionym reguł, gdzie inwestor może trafić za kratki, jeśli jego patron straci posadę. Z partii nie wystąpił - w Chinach legitymacja to klucz do bogactwa. Ale o czasach Mao Zhou myśli swoje: "To była rewolucja gangsterów".
Tylko do jednej z postaci Pomfret nie czuje sympatii. Wielki Blagier Ye, który już na studiach donosił i wymuszał drobne prezenty od cudzoziemca. Wstąpił do partii, wspinał się po drabinie. W końcu został wysokim urzędnikiem w handlowej dzielnicy Nankinu. To także tacy jak on urządzają dziś Chiny. Zachód, który postawił na ewolucję w partii, zaprasza chińskich mandarynów do siebie. W
USA Ye najbardziej spodobało się Las Vegas. Jego wizja dla Nankinu, Południowej Stolicy, to ulica Hunan, wielki deptak handlowy pełen neonów. Drobnych kupców, którzy nie chcieli się wynieść, wysłał do obozu pracy.
Jedyny pomysł Ye to wielkie zakupy. Rewolucja kulturalna zostawiła po sobie duchową pustkę, zaś partia, która trzyma kraj żelazną ręką, w miejsce martwej ideologii ma do zaproponowania masową konsumpcję, dzięki której Chiny mają odzyskać miano pierwszej potęgi świata.
A jednak, jak dowodzi Pomfret, za fasadą monolitycznego systemu kryje się społeczna energia, której rozmiarów się nawet nie domyślamy.