Jak informuje niezależna gazeta internetowa "Biełaruskij Partyzan", na terenie obwodu grodzieńskiego wszystkie urzędy i państwowe przedsiębiorstwa sporządzają listy pracujących w nich Polaków. Przekazują je później lokalnym wydziałom ideologii, których pracownicy odwiedzają Polaków w miejscach pracy, "proponując" podpisanie apelu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, premiera Donalda Tuska oraz marszałków Sejmu i Senatu.
"W naszym kraju stworzone są wszelkie warunki do otrzymania wykształcenia w języku polskim i jego nauki, ochrony i rozwoju dziedzictwa historyczno-kulturalnego narodu polskiego. Wszystkie Domy Polaka [tak w oryginale zapisano prawidłową nazwę Domy Polskie] istniejące na terenie republiki aktywnie realizują działalność kulturalno-oświatową" - głosi list, który 26 lutego upubliczniła rządowa agencja Biełta.
Według autorów listu szefowa Związku Polaków na Białorusi Andżelika Borys i jej nieliczne otoczenie jest całkowicie zdyskredytowane i nie ma prawa wypowiadać się w imieniu mniejszości polskiej.
Jak doniosła kilka dni temu Biełta, apel do polskich władz podpisało wstępnie 31 osób, choć po jego upublicznieniu niektórzy z sygnatariuszy twierdzili, że niczego takiego sobie nie przypominają. Teraz Mińsk chce, by pod listem podpisało się jak najwięcej Polaków, których według oficjalnych danych żyje na Białorusi 400 tys.
- To, co dziś robią władze Białorusi, jest odrażające. Jest mi bardzo szkoda tych zastraszonych ludzi, których zmusza się do podpisywania się pod kłamstwami - powiedziała "Gazecie" Andżelika Borys, prezes nieuznawanego przez Mińsk, ale uznawanego przez Warszawę ZPB.
Konkurencyjny Związek utworzyły w 2005 r. władze w Mińsku, które po legalnym wyborze Borys na prezesa dokonały rozłamu w organizacji. Dziś na czele proreżimowego ZPB stoi Stanisław Siemiaszko. W ostatnich latach przy pomocy m.in. milicji przejął on 14 z 16 Domów Polskich sfinansowanych z pieniędzy polskiego podatnika.