Podczas gdy ja korzystam ze spokoju pustelni bez jakiejkolwiek łączności ze światem zewnętrznym, w kraju z pewnością toczą się dalej zażarte spory o restytucję majątku kościelnego, o prawo do katedry itd., itd. To wszystko udało się wtłoczyć w głowy czeskiej opinii publicznej jako pierwsze skojarzenie ze słowami Bóg, wiara, religia i
Kościół. Ponieważ zależy mi bardzo na tym, by słowa te otwierały zupełnie inne, głębsze i znacznie ważniejsze pytania i drogi refleksji, przyrzekłem sobie, że nie będę się w te spory wdawał.
Jeśli w zbiorze medytacji o ranach Chrystusa, w rozdziale poświęconym ranom Jego Kościoła, dotykam na moment tych właśnie spraw, to na pewno nie dlatego, by proponować jakieś praktyczne rozwiązania. W sporach tych widzę raczej jeden z przykładów na to, o czym wspomniałem wyżej - pewne pomieszanie idealnego obrazu Kościoła jako eschatologicznej Oblubienicy z rzeczywistym odbiorem Kościoła jako pątniczki, przybrudzonej kurzem naszych dróg. Żałuję, że w tych emocjonalnych debatach czeski Kościół niepotrzebnie otrzymał tyle ran, ale i sam także sporo zranień i zgorszenia spowodował.
Nie troszczcie się Nawróciłem się w swoim czasie do Kościoła pozbawionego wszelkiego majątku i wszelkiej władzy, taki Kościół pokochałem, w nim przez lata działałem jako ksiądz, który nie tylko w żaden sposób nie był za swoją pracę wynagradzany, ale nawet nie potrafił sobie wyobrazić, żeby kiedyś mogło być inaczej. Gdyby mnie dzisiaj, w tych czasach, zapytał Chrystus, tak jak zapytał apostołów; gdy posłał ich, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia materialnego, w pierwszą misyjną drogę: "Czy brakowało ci wtedy czegoś?", odpowiedziałbym jak oni: "Niczego mi nie brakowało". Jestem chyba ostatnim, któremu marzy się bogaty i potężny Kościół. Z drugiej strony jestem na tyle realistą, iż mam świadomość, że w Kościele nie możemy bez ustanku romantycznie bawić się w młode złote czasy "podziemia", że Kościół dla swojej pracy i dla swej całkowicie odmiennej sytuacji w stosunkowo rozwiniętym, bogatym i demokratycznym kraju potrzebuje nieco innych ekonomiczno-prawnych warunków i że trzeba w naszym kraju w końcu coś z tym zrobić.
Co w ogóle na ten temat może powiedzieć teolog? Zaprzysięgli ateiści w sporze tym nieustannie „cytują Biblię”, że Kościół powinien być ubogi, i dlatego wzywają państwo by niczego Kościołom „nie dawało”. O dziwo, niczego takiego w Biblii nie znajdziemy. Pan Jezus błogosławi ubogich, tych, którzy są „ubodzy w duchu”, ale nie pozostawia żadnych konkretnych instrukcji dotyczących rozwiązywania stosunków między państwem a Kościołem ani nie nakłania państwa, by utrzymywało Kościół, ani też na odwrót - by zagarniało jego majątek i nie pozwalało mu go zwrócić. Jeśli ktoś chce w Kościele naśladować ubogiego Chrystusa i zgodnie z Jego słowami cały majątek rozdać ubogim, to jest to rzecz chwalebna, ale jest to jego sprawa, a nie sprawa państwa. Rolą państwa nie jest troska o to, by Kościół lub jakakolwiek inna grupa jego obywateli była biedna; przeciwnie, zadaniem państwa jest zapewnienie, o ile to możliwe, jak największej prosperity wszystkim obywatelom, bez względu na płeć, rasę i wyznanie.
Błogosławieństwo ubogich i obraz "apostolskiego komunizmu", trwającego doprawdy bardzo krótko w części młodej wspólnoty jerozolimskiej - w mylnym oczekiwaniu rychłego końca świata i Kościoła jako eschatologicznej oblubienicy - tak jak ją przedstawiają Dzieje Apostolskie, takimi punktami wyjścia absolutnie być nie mogą.
Myślę, że jest tu jednak inne ważne zdanie: "Nie troszczcie się!" Nie troszczcie się lękliwie o to, co będziecie jeść i pić, i czym będziecie się przyodziewać...
Ofiary idealizmu Czyżbym stracił rozum? Chyba jednak nie całkiem. W najmniejszym nawet stopniu nie apeluję tutaj do ustawodawców, niezależnie od tego, czy są to chrześcijanie czy nie, i czy mają jakikolwiek osobisty stosunek do Kościołów, aby nie troszczyli się o sprawiedliwe i dalekowzroczne rozwiązanie wspomnianych problemów - wręcz przeciwnie, jest to ich moralna i polityczna odpowiedzialność, której nikt nie może z nich zdjąć. W żadnym wypadku nie wzywam też biskupów, by zrezygnowali z pomocy wykwalifikowanych specjalistów i przestali szukać rozwiązań dla różnych sytuacji, jakie mogą nastać, ponieważ ich obowiązkiem jest troska o "Boże gospodarstwo" nie tylko w wąsko pojętym wymiarze duchowym, aczkolwiek wymiar ten musi pozostać ich główną troską. Ale także ci, którzy mają obowiązek troszczyć się o te sprawy, nie powinni troszczyć się lękliwie, nerwowo i ze strachem, który prowadzi do błędów, a niekiedy także do agresywnych, niefortunnych i rzeczywiście niechrześcijańskich działań i postaw.
Nie troszczyć się lękliwie, znaczy wiedzieć, że bez względu na to, jak wypadną owe spory, będzie dobrze - to znaczy może być dobrze (ale może też jednak być źle), i to rzeczywiście we wszystkich przypadkach. I mówię to nie po to, byśmy siedzieli z założonymi rękami i biernie czekali, jak to wszystko wypadnie, lecz przeciwnie: żebyśmy czuwali i byli gotowi wybrać to, co dobre, ograniczając ryzyko złego.
Jeśli w najbliższej przyszłości Kościół otrzyma w społeczeństwie odpowiednie zabezpieczenie, to mogą z tego płynąć tylko same korzyści, ponieważ będzie on mógł dla tegoż właśnie społeczeństwa zrobić wiele dobrych i ważnych rzeczy. Może to mieć jednak i bardzo złe strony, jeśli Kościół nie nauczy się dobrze gospodarzyć swoimi środkami (dawniej na ogół potrafił to robić wspaniale, ale już od dwóch pokoleń nie miał ku temu okazji), a zwłaszcza jeśli miałoby to wywołać jakikolwiek triumfalizm lub pochopne kopiowanie złego i korupcyjnego obchodzenia się z majątkiem, jak to niestety obserwujemy dziś wszędzie wokół nas. Tego, że przypadki korupcyjnego zarządzania majątkiem pojawią się w Kościele, możemy być tak samo pewni, jak i tego, że zawsze spotkamy wśród księży (podobnie jak wśród nauczycieli czy choćby dowódców skautowskich) pedofilów i że zawsze w okresie prześladowań znajdą się wśród nich (tak jak w całym społeczeństwie) również zdrajcy i konfidenci; chodzi jedynie o to, żeby tych przypadków nie było zbyt wiele. Kto czuje się tym faktem zgorszony (kogo to czyni gorszym - choćby w takim sensie, że szuka w tym alibi dla swojej własnej moralnej obojętności lub dla rezygnacji i odejścia od Kościoła), ten stał się ofiarą moralnego idealizmu - chce mieć niebiański Kościół tam, gdzie Bóg oferuje mu jedynie doczesny, zraniony i ubrudzony, tworzony przez ludzi takich jak wy i ja.
Na obrzeżu Jeśli Kościół nie otrzyma potrzebnych środków do takiej działalności w społeczeństwie, jak to jest przyjęte w cywilizowanym świecie - na przykład państwo rzeczywiście nie odda mu większej części zagarniętego majątku, a wierzący, którzy dziś w Czechach rekrutują się przeważnie z najsłabszych pod względem socjalnym warstw społeczeństwa, nie będą w stanie ofiarować adekwatnych środków na działalność Kościoła "ad extra" z własnych źródeł - także wtedy może się to obrócić zarówno na dobre, jak i na złe, w zależności od tego, w jaki sposób Kościół upora się z tym niełatwym zadaniem. Kościół będzie w takim przypadku funkcjonować najprawdopodobniej na obrzeżach społeczeństwa - a to będzie złe wtedy, gdy doprowadzi go do rezygnacji (nie da się nic zrobić!). Dobre zaś będzie wówczas, gdy tę sytuację przyjmie w pełni z siłą wiary i zacznie twórczo poszukiwać nowych sposobów, jak przeżywać swoją słabość, czerpiąc siłę z Chrystusowego krzyża. Jeśli rzeczywiście przyjmie swoją sytuację na obrzeżach życia społecznego - nie jako krzywdę, ale (za pośrednictwem uczciwej refleksji teologicznej i duchowej) jako "znak czasu" i wyzwanie, to wówczas z tej "rany" może czerpać nawet uzdrawiającą dla innych. Czy "społeczeństwo dobrobytu" nie będzie potrzebować także wiarygodnej alternatywy dla swego stylu życia o krytycznego lustra dla swoich pewników i ideałów? I czy ubodzy których "zawsze będziemy mieć wśród nas" (por. Mt 26, 11), również w "społeczeństwie dobrobytu", nie będą potrzebować także czegoś innego niż szczodre ręce bogatych i perfekcyjnie zorganizowane służby charytatywne, a więc tej ludzkiej bliskości, jakiej ubogiemu nie może zaoferować ktoś, kto na ubóstwo patrzy jedynie z perspektywy własnego bezpieczeństwa socjalnego?
Być może wariant "Kościoła na obrzeżu" nie będzie zbyt dobry dla społeczeństwa jako całości - w opróżnionej przestrzeni nie usadowi się bowiem żaden nowy "naukowy ateizm" (człowiek jest naprawdę "stworzeniem nieuleczalnie religijnym"), lecz raczej opanują ją "religie zastępcze", z bardzo kontrowersyjnymi sektami włącznie - jednak przed samym Kościołem może to otworzyć pewne nowe szansę.
Jaką więc mogę dać radę? Czuwajmy, módlmy się, rozważajmy, róbmy, co w naszej mocy - ale: nie troszczmy się lękliwie! Każdy dzień ma dość swoich własnych trosk.
Być może, najwłaściwszą formą i cechą "chrześcijańskiego stylu życia" nie jest samo ubóstwo, lecz owa otwartość i umiejętność przystosowywania się, sztuka - wedle słów i przykładu świętego Pawła - życia w dostatku i w niedostatku, sztuka przyjmowania i przemieniania każdej sytuacji, którą nam kiedykolwiek życie (sam Bóg) jako Kościołowi i jednostkom - zaproponuje.