- Szczerze mówiąc, na początku nie wiedziałem, co się dzieje. Nagle wszystko zaczęło się trząść, nie kołysać, właśnie trząść: ściany się ruszały, sufit pływał, iskrzyły instalacje elektryczne, a wysokie regały z paletami zaczęły się przewracać. Chciałem uciekać, ale nie wiedziałem jak. Najgorsze było to, że to wszystko trwało bardzo długo, prawie trzy minuty. Wystarczająco, aby zdać sobie sprawę z totalnej bezsilności - że to wszystko może się w każdej chwili zawalić i nas pogrzebać - opowiada "Gazecie" Tomasz Dybka, Polak z Bielska-Białej pracujący dla międzynarodowej firmy logistycznej. W sobotnią noc o 3.34 czasu lokalnego nadzorował prace w znajdującym się w Santiago gigantycznym magazynie jednego z klientów. - Magazyn wciąż stoi, ale z innego magazynu pod naszą opieką nie zostało dosłownie nic. Na szczęście nikt tam akurat nie pracował - dodaje Dybka.
Wstrząs, który dotknął centralną część
Chile, miał siłę 8,5-8,8 stopnia w skali Richtera. Oznacza to, że wyzwolił energię nawet 800 razy większą niż styczniowe trzęsienie ziemi na
Haiti o mocy 7-7,3 stopnia. Sejsmolodzy twierdzą, że od momentu, w którym zaczęto mierzyć na świecie tego typu zjawiska, czyli od 1900 r., było to dziesiąte najsilniejsze trzęsienie. Ziemia zatrzęsła się na dziesiątkach tysięcy kilometrów kwadratowych - od Puerto Montt na południu po Santiago, Valparaiso i Vina del Mar na północy. Najbardziej zniszczone są miasta Concepción i Talca.
Mimo to liczba ofiar chilijskiego
trzęsienia ziemi, choć wciąż nieznana, nie będzie miała nic wspólnego z rozmiarami haitańskiej tragedii, gdzie zginęło ok. 300 tys. osób. Przede wszystkim w przeciwieństwie do Haiti epicentrum wstrząsów było głęboko - ponad 35 km pod ziemią - i daleko od największych miast.
Chile, którego historia to niekończący się łańcuch niszczących wstrząsów i coraz solidniejszych rekonstrukcji, ma też uznawane na całym świecie za wzorcowe normy budowlane. Jak się można było przekonać w sobotę, doskonale się one sprawdzają - w stołecznym Santiago są setki wieżowców, z których najwyższy ma 52 piętra, ale żaden z nich się nie zawalił. W Concepción runął zaś tylko jeden blok mieszkalny, grzebiąc pod gruzami ok. 100 osób. Ponad 30 z nich ratownicy wyciągnęli jeszcze w sobotę.
Ofiary trzęsienia ziemi to głównie mieszkańcy starych kamienic i domów, które zostały wybudowane, zanim wprowadzono surowe przepisy budowlane. Nieznaną liczbę ofiar pochłonęła także woda. Chilijska marynarka wojenna, która ma system ostrzegania przed tsunami, tuż po trzęsieniu ziemi oficjalnie zapewniała, że nie ma niebezpieczeństwa od strony morza. Pomyliła się - wielkie fale wdarły się w wielu miejscach kilkadziesiąt metrów w głąb lądu, porywając i niszcząc wiele budynków.
Szefowie ONEMI, chilijskiego urzędu koordynującego akcje ratunkowe w całym kraju, nie kryją, że podawana w niedzielę liczba ok. 400 ofiar na pewno wzrośnie. - Kataklizmem dotknięte są tysiące kilometrów. Wciąż są miasteczka i wioski, z którymi nie mamy kontaktu, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Mam nadzieję, że najpóźniej we wtorek będziemy mieli obraz rzeczywistej sytuacji - tłumaczyła prezydent Michelle Bachelet, która do pracy w sztabie kryzysowym natychmiast zaprosiła przyszłych ministrów prezydenta elekta Sebastiana Pinery, który przejmie władzę 11 marca.
Nowy rząd czeka nie lada zadanie - odbudowa znacznej części kraju, co może kosztowac dziesiątki miliardów dolarów i znacznie spowolnić wzrost najszybciej rozwijającej się gospodarki Ameryki Południowej. Budynki mają się nie zawalać, ale nie są niezniszczalne. Wstępne szacunki mówią, że w kraju ucierpiało co najmniej 1,5 mln budynków, z czego pół miliona nie nadaje się do odbudowy. Zniszczone są liczne mosty, dziesiątki kilometrów dróg i autostrad, a nawet pałac prezydencki i międzynarodowe lotnisko w Santiago. Prawdopodobnie 400 tys. mieszkańców kraju nie ma obecnie dachu nad głową i pierwszą noc po katastrofie spędziło w zaimprowizowanych obozowiskach wśród ruin.
Najtrudniejsza sytuacja panuje w Concepción - w znacznej części blisko ćwierćmilionowego miasta nie ma wody, prądu, nie działają telefony komórkowe. W niedzielę zdesperowani ludzie zaczęli okradać zamknięte sklepy w poszukiwaniu m.in. żywności i lekarstw.
Część ludzi wciąż boi się wrócić do swych domów, nawet jeśli te stoją i wydają się bezpieczne. Lęk powodują niemal nieustanne wstrząsy wtórne - w ciągu doby po kataklizmie zarejestrowano ich ponad 100. Siła niektórych z nich przekraczała 6 stopni w skali Richtera.
- Pierwszą noc spałem w ubraniu z plecakiem z najpotrzebniejszymi rzeczami pod ręką. Zresztą "spanie" to zbyt wiele powiedziane. Choć mój hotel nie ucierpiał, gdy człowiek leży w łóżku, każde drgnienie powoduje, że serce ucieka do gardła - opowiada Tomasz Dybka.
Na szczęście trzęsienie nie wywołało tsunami na Pacyfiku, choć wiele krajów - m.in.
Japonia i
Rosja - ewakuowało tysiące osób z pasa nadbrzeżnego. Wysokość fal nie przekroczyła 120 cm.