Rozmowa z prof. Tomaszem Nałęczem*
Agnieszka Kublik: Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki to "załatwiacze" Ryszarda Sobiesiaka? Prof. Tomasz Nałęcz*: Obaj zachowywali się jak jego adwokaci. To skandal, że chodzili za jego prywatnymi sprawami. I to różnymi, bo i za ustawą hazardową, i za wyciągiem, i za salonami gier.
Dlaczego Chlebowski nie umiał odmówić Sobiesiakowi? - Komisja tego nie wyjaśniła. I trudno ją o to winić, bo dwie strony nie są w tej sprawie szczere.
Chlebowski zaskoczył mnie, że zeznając przed komisją, postanowił zaprezentować się jako błędny rycerz walczący o szlachetną sprawę. Oczekiwałem choćby odrobiny ekspiacji, wytłumaczenia się z tych wszystkich obietnic, zażenowania, rumieńca wstydu na twarzy. Nie dało się tego dostrzec.
Wydaje mi się, że w grę wchodzi jakieś uzależnienie między nimi a Sobiesiakiem. Na pewno ich kontakty są bardziej zażyłe, niż obaj chcieliby to przyznać. Świadczy o tym choćby język ich rozmów telefonicznych. W ten sposób - skrótowo i za pomocą słów powszechnie uważanych za nieparlamentarne - komunikują się ludzie, którzy dobrze się znają i są nastawieni na szybkie załatwienie interesów. W tym przypadku Chlebowski był nastawiony na szybkie załatwienie interesów Sobiesiaka.
Ale dlaczego? Tego się nie dowiemy, bo Kamiński spalił operację CBA i Biuro nie zdążyło zebrać dowodów na ich przestępcze kontakty, jeśli oczywiście w ogóle takie były.
Z tego, co na pewno wiadomo o tych kontaktach, śmiało mogę powiedzieć, że były niedopuszczalne, naganne, obrzydliwe. I dyskwalifikujące ich jako posłów.
Co jest dla pana największym odkryciem komisji? - Zeznanie b. szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Sam dobrowolnie przyznał, że postanowił sprawdzić premiera, zrobić mu test. Z ogromnym zdumieniem patrzyłem na zeznania nie lojalnego szefa służby, który uprzedza swojego szefa o patologii, tylko szefa służby, który zastawia pułapkę na premiera.
Jeszcze bardziej niepojęte jest to, że to kluczowe zeznanie nie zostało wydobyte przez śledczych, tylko dobrowolnie złożone przez Kamińskiego.
Skoro to dla niego takie kompromitujące, to dlaczego się do tego przyznał? - Jak Pan Bóg chce na kogoś zesłać nieszczęście, to mu rozum odbiera. To typowy grzech pychy. Kamiński jest tak dumny z sobie, z tego, co zrobił, że mu do głowy nie przyszło, że robi coś nagannego. Ale zrobił, bo w cywilizowanym, demokratycznym państwie szefowi służby nie wolno sprawdzać premiera.
Premier zdał test Kamińskiego? - Tak, zachował się przyzwoicie. Podjął działania w sprawie legislacji, jakich oczekiwał od niego Kamiński. I zresztą dlatego wpadł w pułapkę szefa CBA. Bo Kamiński wiedział, że gdy tylko Tusk zainteresuje się projektem ustawy hazardowej, to spłoszy i Drzewieckiego, i Chlebowskiego. A jak ich spłoszy, to będą próbowali tuszować kontakty z Sobiesiakiem. I tak rzeczywiście się stało.
Ma pan na myśli ta dwa tajemnicze spotkania z Sobiesiakiem: Chlebowskiego 31 sierpnia 2009 r. na cmentarzu pod Wrocławiem i Drzewieckiego 22 września w warszawskim hotelu Radisson? Oba zresztą były umawiane przez osoby trzecie. - Tak, wyglądają jak próba ostrzeżenia, jak zacieranie śladów. Po rozmowie z Tuskiem musieli się zorientować, że są na celowniku. A że wiedzieli, co załatwiali Sobiesiakowi, co mu obiecywali, czuli, że lepiej, gdyby zerwali z nim kontakty. Zachowali się jak ludzie, którzy postanowili się pilnować, bo wiedzą, że mają ogon. Pośrednio można z tego wnioskować, że skoro postanowili utajnić swoje kontakty z Sobiesiakiem, to jasne, że nie przeprowadzali z nim rachunków sumienia.
Nie lepiej by było, gdyby Tusk zaczął wyjaśnianie zarzutów od rozmowy z wiceministrem finansów Jackiem Kapicą? To on miał najpełniejszą wiedzę, by zweryfikować zarzuty Kamińskiego wobec polityków PO. - Nie, Tusk zachował się rutynowo. Nie mógł wtedy spodziewać się pułapki zastawionej przez szefa CBA. Nie mógł, bo nie jest podejrzliwy jak
Jarosław Kaczyński.