Karetki nie zawożą pacjentów z zawałem serca albo udarem mózgu od razu do specjalistycznych ośrodków - alarmuje od tygodnia "Gazeta". Najpierw jadą do zwykłego najbliższego szpitala. Chory czeka tu na zbadanie i diagnozę, nawet kilka godzin. Potem - kolejną karetką wezwaną przez szpital - jedzie tam, dokąd powinien być dowieziony od razu.
Pacjent traci więc czas. A czas odgrywa kluczową rolę w zawałach i udarach, przesądza o tym, czy pacjent wyjdzie z choroby jako inwalida, czy też uda się zminimalizować straty.
Od lat czas dotarcia do specjalistycznej pomocy się nie skraca. Dlaczego?
Niektórzy skłonni są obarczać winą wadliwe przepisy. Ustawa o ratownictwie medycznym mówi, że karetka ma zawieźć chorego tam, gdzie najszybciej dotrze. Ale następny jej artykuł uściśla: w przypadku gdy chory wymaga specjalistycznej pomocy, pogotowie wiezie go tam, gdzie taką pomoc może otrzymać. To nie w zapisach ustawy tkwi zatem błąd. Żadna ustawa i żadne rozporządzenie nie każe działać wbrew interesom chorego, a tak w rezultacie się dzieje.
Po to karetki mają aparaty EKG, by wysłać wynik badania do szpitala i jeszcze w czasie jazdy zdecydować, gdzie dostarczyć pacjenta. Sam lekarz pogotowia też, według ustawy, ma prawo do oceny stanu chorego. A jednak często tak się nie dzieje, co pokazała kontrola przeprowadzona w województwie zachodniopomorskim.
Akurat w kardiologii inwazyjnej i ratownictwie medycznym nie można powoływać się na ogólną bolączkę systemu zdrowia, czyli brak pieniędzy. Nie brakuje sprzętu, ludzi, na zawały nie istnieją limity. Dlaczego zatem te dwa sektory ochrony zdrowia nie współdziałają?
11 lat temu system przeszedł rewolucję. Razem z ubezpieczeniami dopuszczono elementy rynkowe. Strumień pieniędzy stał się o wiele silniejszym bodźcem niż nakazy, zakazy i przepisy ustaw. Skoro tak, to do władz państwa należy stała obserwacja, jaki jest tego skutek.
I szybka reakcja, gdy mechanizmy systemu działają na szkodę pacjenta.
Stacje pogotowia zawierają kontrakty z
NFZ na obsługę pacjentów na danym terenie. Mają płacone za dobową gotowość do wyjazdów w przypadkach nagłych, niezależnie od tego, ile ich jest. Ale mogą dorobić dodatkowo. Za przewóz pacjenta ze szpitala do szpitala dostają ekstra pieniądze. Płacą szpitale. Z punktu widzenia pogotowia opłaca się więc zostawić pacjenta w najbliższej lecznicy i czekać na wezwanie do płatnego kursu.
Załoga pogotowia, nawet jeśli wie, że pacjentowi nie pomoże najbliższy szpital, musi go tam zostawić, bo wykonuje polecenia dyspozytora. A dyspozytor podlega dyrektorowi. Dyrektor zaś ma obowiązek dbać o interes finansowy swego zakładu.
Pogotowie to nowy przykład. Ale są też inne. Lekarz rodzinny dba o własny
budżet i zamiast pacjenta diagnozować i leczyć, woli go kierować do specjalisty. Specjalista też dba o własne finanse - zamiast zlecać drogą diagnostykę, woli go wysłać do szpitala. Szpital zrobi badania, ale woli leczyć z tej choroby, która jest lepiej wyceniana przez NFZ. Każdy z podmiotów systemu dba o własny interes i ze swojego punktu widzenia działa racjonalnie.
Tylko że w tej racjonalizacji interesów gubi się interes pacjenta. I to jest schorzenie całego systemu opieki zdrowotnej. Bo nie chodzi o to, by wykonywać coraz więcej tego, co się opłaca, tylko leczyć ludzi zgodnie z ich potrzebami.
Warto spojrzeć, jak działają mechanizmy finansowe systemu. Pieniądze pochodzą z budżetu państwa. NFZ jest tylko pośrednikiem, który w imieniu ministra zdrowia podpisuje umowy z pogotowiem. To rozwiązanie wydaje się słuszne, bo to NFZ ma ludzi w regionach, oni ogłaszają konkurs ofert i zawierają umowy. Ale już nadzór nad działaniem pogotowia w regionie sprawuje wojewoda - jest przedstawicielem rządu, który daje pieniądze.
Czyli: minister tylko daje pieniądze, NFZ tylko płaci, wojewoda nie ma pieniędzy (i umów), ale ma nadzorować. Kto więc jest naprawdę odpowiedzialny od początku do końca za działanie pogotowia?
Monitorować sytuację na danym terenie ma wojewoda. Ale reagować musi minister. To minister ma zarządzać systemem opieki zdrowotnej. Nadzorować, koordynować, inicjować zmiany. Na razie minister opowiada o tym w telewizji.
Teoretycznie jest dobrze. Istnieje już faktycznie konkurencja publicznych stacji pogotowia z niepublicznymi. W kardiologii inwazyjnej ośrodki też konkurują między sobą i na pacjenta "w stanie nagłym" czekają z otwartymi ramionami. A jednak pacjent nie dostaje szybko najskuteczniejszej pomocy. Bo szybka pomoc koliduje z chęcią oszczędzania na benzynie.